‚ZŁOWIESZCZA BALLADA O SAMOTNYM SERCU’

*Wstęp.

Trębacze dęli w Trąby… Król Nadchodził w Chwale… W Purpurowym Zachodzie Słońca Jego Pióra Czarno Krwawiły…
Pokłońmy się Panu, pokłońmy………

*Akt I.

Wiatr targał bezlitośnie Stare Drzewa, zrzucając Ostatnie, pojedyncze Liście…
Zrzucając i mieszając je wraz z Błotem Śmiertelnej Zgnilizny.
Kruk zakrakał złowieszczo….

Ksiądz: ‚W imię Ojca i Syna i Ducha….’

Głos: Kraaaaaaaa….!

Ksiądz: ‚..O, Panie przyjmij w swe szeregi tę oto Duszę…’

Głos: Kraaaa..!

Ksiądz: ‚..z Prochu powstałeś w Proch się obrócisz… Amen.”

Oświetlone Bladym Blaskiem Księżyca Twarze przybyłych wyglądały Złowieszczo.

Głos: Kraaaa….! Kraaaa…!

Czarny Cień wzbił się w Powietrze i poszybował ku Światłu Rogatego…

*Akt II.

Całuj Ciernie, Całuj Ciernie..!
Korona Królów, Korona Boga………..
Detronizacja-

W Gwiazdach Zapisane są Myśli, których nikt nie skosztował…
Spoglądajcie, więc w Gwiazdy, czytając Wiedzę.
Niech Kapie w Wasze Umysły wraz Zimnymi Płatkami Śniegu, co spadają na Twarz, mocząc Twarz..

Droga wśród Miliardów Galaktyk.
Ścieżka niczym piaseczek na Wydmie Zarośniętej Trawą.
W górę! W górę!
Na Szczyt Doskonałości.
Na Szczyt Bezczelności.

*Akt III.

Demony ożywione w Kryształowej Kuli…
Fusy, Karty i sam Czort wie, co jeszcze!

Młody Człowieku zatańcz z Kukłą bez Głowy..
Młody Człowieku Wiruj w Tańcu z Kobietą bez Oczu… z Kobietą o Zimnym Spojrzeniu…

Taniec z Cieniem Trupa.
Taniec Lalek na Sznureczkach…
Taniec, nie mający końca… Wir, Pląs z Duszami…

Głos: Kraaaaaaaaaa..!

Gdzie się podział Cień podążający za Twoją Stopą?
Jesteś Blady niczym Prześcieradło.
Tak, Karuzela jeszcze się kręci.. i dalej, i dalej… dalej wraz z Wyjącymi Pustynnymi Wilkami!
Wraz z samochodami, konikami i samolocikami….
Kręć się, kręć i wiruj!
Blask Sukien, Blask Diamentów…..
Nie, Ona ich Nie Zobaczy, Ona jest Ślepa, Głupcze!
Spokojnie… chyba nie będziesz Wymiotował?
Nie, już raczej nie kręć się….
Nie kręć się..!
O!

*Akt IV.

Wodzirej: ‚Proszę Państwa, Białe Tango, tego Wieczora – Panie Proszą Panów!’

Czy podasz Rękę na Balu Weselnym Trędowatej Pannie Młodej?
Ciała, Strzępy, Ochłapy….
Odpadają, spadają…… Taniec Kurtyzan, Taniec Aniołów…

Głos: Krrrroooak…..!

Bal, Bal, Bal….. Wesele-Pogrzeb
Karnawał – Pogrzeb – Wesele —
Łzy Smutków-Łzy Szczęścia
Ha ha ha….
Łzy Szczęścia-Łzy Smutków
ha ha ha….
Łzy Smutków-Łzy Szczęścia
Pamiętasz kiedy ich użyć? Nie pomylisz się, nie pomylisz się, nie pomylisz się….?

Alkohol, czkawka…
Czkawka… Trąd!

Nie mogę sobie Przypomnieć swego Imienia patrząc w Lustro.
Kim ja jestem? Tam po Drugiej Stronie Lustra..
Zaklęty wśród Blasków, Błysków i Refleksów………….
Tak, tak… To Ty!

*Akt V.

Całuj, Całuj Wymiona Oblubienicy…
Całuj Szkarłatną Bestię!

Ktoś.

Spójrz.. lecz… Nie ufaj Mu… gdy Ty odwrócisz swe Oczy, On Zaczajony Połknie Twa Dusze.

Chodźcie Demony do mnie!

Och, Stąpajcie po Skrzydłach Strąconych Błękitnych.

..pewnego dnia Zwymiotuję ten opłatek wypieczony
Wypluję by Pocałować Usta Ciemności -
i to jest moje..
i to jest moje Poświęcenie!

Otwórzcie się więc Bramy Kosmosu
Otwórzcie więc Bramy KOSMOSU!!!

*Akt VIVIVI.

Maska…
Człowiek?
Zwierzę!
Głupiec?
Laleczka Zabawna….!

to ja z moim Słodkim od Jadu Uśmiechem

Hi hi hi….

Głos: Kraaaaa.. hi. hi.. hi…!

Drwina – Zabić i spożyć Serce.

Masochizm.
Nie poznaję się w Lustrze!
Gliceryna pulsuje w Żyłach…..
Krew!
Krew!
Krew!

Boski Księżyc zaglądający przez Źrenice-
Moje Martwe Źrenice………..

*Zakończenie

Skrzypiec Śpiew,
jak zawodzący Tysięcy Głosów Płaczek.
Ktoś rozkopuje powoli swój Grób.
Czy to czas wstawania?
Czy to Zmartwychwstanie?
Radość Zmurszałych Ciał!
Odtąd Żyć będą Wiecznie…
Tak, tak im Pan obiecał, proszę Pana.
Nie, no niech się więc Pan nie wypiera!
Nie..
Nieeeee….
to nie może być prawda!!!

Jestem Ślepy!

Smród spalenizny…

***

Skończył się sok w szklance…
Gryzę Szkło do Krwi..
Połykam.

i Ja kiedyś będę Władcą Magicznego Świata Absurdu…………

Głos Złowieszczy: Kraaaaaaaa..!

Herr Akszugor 30-31. Grudzień 2001 r.

*Owa Sztuka Abstrakcyjna dedykowana jest Magoo za bezsenną, sylwestrową Noc przed komputerem wraz z Krukiem, po Drugiej Stronie Kineskopu*

`MUŚNIĘCIE WARG`

…Muśnięcie Warg Księżyca-

Sen….
Mara…..
Koszmar……
Widziadło…….

~Zaklęcie Zamykające Koło

Pocałunek Gwiazdy
Mokry
Śliski
Niczym Rybie Łuski
Błyszczące w Słońcu

~Zaklęcie Przywołujące z Otchłani

On Dotyka swymi Mackami
poprzez Granatową Tkaninę
Nocy
Przyozdobioną w Pocałunki

Delikatne
Muśnięcia Gwiezdnych Warg
poprzez Granatową Tkaninę
Nocy
Rzeźbioną Tysiącami Tysięcy
Linii Ogonów Komet

~Rytuał

On rozchyla swymi Mackami
rozkłada na boki
i zagłębia się
Rozkoszujące
Wywołując Dreszcze
Wywołując Pożądanie
Wywołując Ekstazę
Osiągając Punkt
Szczyt
Góry Magicznych Westchnień

~Zaklęcie Odpędzające w Otchłań

Rozdarte Szaty
rozsypane Diamenty, Srebro, Rubiny
Milczący Palec na Ustach…

Brodząc w Cieczy
Uniesienia
Brodząc w Cieczy
Miłości
poprzez XCIII Wymiar Lustrzanego Odbicia
Dotykając Spuchniętych
do Czerwoności Warg
od Pocałunków
Bestii
Ty Dostrzegasz dopiero teraz

Chodź przytul się
chodź niech Cię Dotknę

~Zaklęcie Otwierające Koło

Ulatujące Dymy Kadzideł
co Woń swą roznoszą
ponad Głowami Pochylonymi
Wirują i Oplatają
niczym Ramiona Kochanka
Wirują
Oszałamiając Milionami Doznań
Oplatają
Zamykając w Ogrodach Nieskazitelnych
Wizji

Widziadło…….
Koszmar……
Mara…..
Sen….

~Poranek

…Muśnięcie Warg Słońca-

Meżadews Akszugor
/24 – 25 Sierpień 2001 r./

`SEN`

Wyobraź sobie Łąkę-
Pełną Kwiatów..

Wyobraź sobie, że nie ma
Piekła,
że Niebo jest tylko Niebieskie
Pełne Wesołego Ptactwa..

Wyobraź sobie Ludzi,
którzy Wierzą w siebie,
w Miłość,
w Świat..

Wyobraź sobie Duszę,
która podąża za Tobą,
nie jako Religia,
ale jako Miłość..

Ja Śnię?
-chcesz? to zamknij Oczy i Ty..

Wyobraź sobie idąc
przez Miasto Świetliste,
że masz tylko Jeden Cień,
który idzie Twym Krokiem-
[i nie jak szpieg, i nie jak złoczyńca!]

Wyobraź sobie Dom-
Ciepły i Przytulny..

Wyobraź sobie Las,
gdzie Całujesz Rosę..

Wyobraź sobie Czas,
którego Nie Ma..

Wyobraź sobie Wieczność-
jest tylko Dziś!

Wyobraź sobie-
Horyzont Pełny Ciepła,
Zamknięty Tęczą..

Wyobraź sobie,
że nikt do Ciebie Nie Celuje-
nie wyciąga Noża
dla Krwi..

To Nie Do Wiary
-ja Śnię!

-jeśli chcesz
i Ty Zamknij Oczy
i Utop się we Śnie..

Meżadews Akszugor
/18 Czerwiec 2001 r./

`EROTYK`

Przybliżył się do Niej niczym sługa
-jak na rozkaz Pocałował
Jej Gorące, Namiętne Wargi

Dreszcz Rozkoszy
Wstrząsnął Jej Ciałem
w jego Ciele Wrzało

już myślał, że nie wytrzyma
że mu się nie uda
gdy Ona Zimną Dłonią
gwałtownie wsadzoną pod koszule
Zaczęła go Głaskać

Jej Palce szybko nabrały Ciepła
i wręcz zaczęły parzyć

On nie namyślając się długo
również Dotykał

Jej Piersi były nabrzmiałe
od podniecenia
zauważył to szybko
i tak je dotykał
tak głaskał
że Kobieta Westchnęła

Pocałunki trwały
były coraz szybsze i bardziej gorące
bardziej rozkoszne
Namiętne
jednak pozbawione nachalności
jakby się zdawać mogło

Ogarniała ich Euforia
Pragnienie, Pożądanie
wciąż rosło
Ciała wzburzone poruszały się rytmicznie
jakby tańczyli

Ubrania jak kotary
zasłaniające najdroższe
Najpiękniejsze
i najkosztowniejsze klejnoty
-Opadały

byli Nadzy

byli Sobą
byli Miłością
byli Wszystkim

Delikatnie położył ją
na pościeli

Światło Świec
z Dziewięciu Świeczników
Tańczyło
Malując ich Postacie
na ścianach
na meblach

Obrazy…

Świat Wirował
Tańczył
Skakał
Pląsał

-jak ich Ciała
zespolone w Jedności
Zaklęte w Miłości

Erotyka Bez Końca

coraz to bardziej czułe
coraz to bardziej zmyślne
Pieszczoty
Dotyki
Głaskanie
Muśnięcia
Spragnionych Ust

on Lizał, Całował
Wargami Ust
Jej Ciało

nie pragnęli
tego zwykłego Seksu
tego jednorazowego
Pożądania
Spełnienia
w Sekundzie

Spazmy Rozkoszy
Geniuszu
trwającego przez godziny
dni
w Dotyku
Pieszczocie
Czułości

były Potęgą
na miarę
Wszechpotężnych Otchłani Kosmosu

Śpiew jednoczył się z Jękiem
Drgania z Uśmiechami
Dotyk z Pocałunkiem

Rozchyliła Uda

jego Język przesunął się niżej

Wirował, Pulsował
wraz z Jej Zachwytem

„gęsia skórka”

Dreszcz

teraz Ona Atakowała jego
Delikatnie Całując
Liżąc
Głaszcząc Dłońmi

Spełnienie

Westchnienie

Spokój

Cisza

Sen

Wieczne Marzenie o Pieszczotach

o Erotycznym
Transie

-bez końca…

25-27. Listopad 2000 r.
Meżadews Akszugor

`ANIOŁ`

Aniele…
Szary Aniele

dla Ciebie składam
Pocałunek
na Promieniach
Zachodzącego Słońca

Aniele…
Szary Aniele

dla Ciebie żyję
wśród Mgieł Trzęsawisk
Odziany
w Senne Oddechy

Aniele…
Szary Aniele

ku Tobie
mój Oddech Uleciał

Aniele…
Szary Aniele

Przyjdź do mnie-
do mnie dziś w Nocy

do mnie…
ze mną…

Aniele…
Szary Aniele

Wolność Piję
jak Źródlaną Wodę
i gotów jestem
Umrzeć za Ciebie

Aniele…
Spójrz za mnie
Spójrz na mnie
…Duszą
…Smutkiem
moich Ust

Aniele…
Konam
Żyję

dla Ciebie…

dla Ciebie
Śpiewam

Pragnę Cię…
Pożądam…

dla Ciebie…
Ciebie!

Aniele…
Szary Aniele

bądź moją Prawdą
…Snem
bądź moim Kłamstwem
…Jawą

Aniele…
Szary Aniele

…Całuję Twe
Zimne, Martwe Usta………

Meżadews Akszugor
/16 Czerwiec 2001 r./

*dedykowane Solari*

`PANI`

Ty jesteś moją Nocą
Ty jesteś Pocałunkiem
Gwiazd
Ty jesteś mym
Księżycem
-przewodnikiem po
Ścieżkach Zapomnienia

Ty jesteś moją Mgłą
jak Melodia
która Zamyka,
Obejmuje mnie
Delikatnością swych
Tysięcy Sukien

Jak Śnieg
z Zapomnianej Puszczy
Elfów
Padam u Twych
Stóp

…o Pani
jesteś Nektarem
mego życia
-i bez Ciebie
będę musiał
uschnąć…

Meżadews Akszugor
/30 Styczeń 1998 r./

`COSMOS SILENCE`

Przytulając Twarz
do framugi Okna
Patrzę w Gwiazdy

Zamyślony…

Ja Widzę Obrazy
jak wtedy…

Szeleszcząc i skomląc
Żałośnie
spływa po Szybie
Samotna Łza

Moje Oczy są Smutne
pogrążone
w tamtych chwilach
Płaczą

Czemu one odeszły
czemu już się nie powtórzą
-takie Piękne
-takie Wspaniałe

Tam w Gwiazdach
one są Zapisane
te wszystkie dni

i dlatego wciąż
chcę uciec stąd
-tam Wysoko
-tam Daleko

gdzie Czasu nie ma
a Chwila trwa
całe Życie

gdzie Chwila
gdzie Życie
gdzie Czas
gdzie Miłość
-to jedność

i Tam ja Uciekam i Uciekać chcę
…chociaż Wzrokiem

Meżadews Akszugor
/15 – 16 Styczeń 1997 r./

`SAM`

Siedzę Sam,
bo Ciebie tu Nie Ma
i Słońca,
i Lasu
i Gwiazd-
Siedzę Sam
i Myślę,
i Pragnę
byś była,
byś się przytuliła
i ogrzała Serce
…w tę Mroźną Noc………

Meżadews Akszugor
/31 Grudzień 1996 r. – 1 Styczeń 1997 r. Sylwester, Północ/

`HRABIA TROLL AKSZUGOR`

Oto On
ze Starych Legend Przybyły
teraz Prawdziwy
w Oczach Fantazji
ze Świata Iluzji
w Realia Bram
teraźniejszości

Jego Cuchnąca Aura
otacza stojących
w Kolorowym Świecie
jak Czarny Głaz
Przysłaniający Słońce
Gasi je
rzucając Cień w wasze Oczy

Jego Długie Kudły Krucze
i tak zlepione Krwią
że aż sztywne
jak od Mrozu
Strzelają na Wiatrach
Obmywających Go
Zabierających Smród

Jego Uszy
jakże Szpiczaste
wychylają się zza Peleryny Włosów
wraz z Diabolicznym Nosem
w kształcie Haka
zagiętego ku Ustom
Spękanym od Nienawiści

Te Oczy
Nie Miłujące
Te Oczy
Fałszywe
Te Oczy
w których wszyscy
są mali i Nic Nie Znaczący

W nich
Głęboko Pogrzebane
Przepiękne Witraże Miłości
Roztrzaskane Mieczem
Fałszywych Gestów Kobiet
które kiedyś Kochały
które kiedyś były – Minęły

Teraz Jego Serce
Zanurzone w Nienawiści
chce także Zabijać
Miłość w Innych Postaciach
by móc radować się
z Ich Nieszczęścia
z Ich Cierpienia

Oto On
Cały w Czerni
z Mizantropijnym Grymasem
Kamiennej Twarzy
Stoi Wysoko i Wierci Wzrokiem
Wszystkich poruszających się niżej
-tam poniżej godności…

Oto On
Otwiera Oczy
by Zmiażdżyć Wzrokiem i ciebie
Oto On
człowiek (?) Bez Duszy
człowiek (?) Bez Uczuć
-Wstrętny i Obrzydliwy
Hrabia Troll Akszugor…..

Meżadews Akszugor
/28 Styczeń 1996 r./

‚.:ŚWIĘTO SŁOŃCA:.’

Kaijls!
Wraz z nadchodzącym Świętem Niezwyciężonego Słońca, chciałbym złożyć na ręce wszystkich moich Czytelników i Przyjaciół serdeczne życzenia Szczęścia, Zdrowia i Pomyślności w tym Wyjątkowym Dniu a także przez następny Rok. Niech Blask Słońca Rozświetla Wasze smutki, a także wskazuje właściwe Ścieżki Życia…
Sandeei!
..Sic Itur Ad Astra..

W prezencie ode mnie I rozdział książki, którą piszę już od kilku lat.

„STARZEC”

Drzewa szumiały cicho. Zimny, Grudniowy Wiatr oplatał je swymi ramionami bawiąc się – tańcząc wokół nich. Tu poruszył śnieżną zaspę, inną znowu usypał, by po chwili zamienić je razem w wirującą partnerkę do swego walca. Tańczył, szalał, przemykał nad niskimi drzewkami, wirował dookoła starych dębów – wreszcie zamilkł pozostawiając po sobie wzniesione wysoko tumany śniegu… Niskie choinki przygniatane ciężkimi czapami śniegu czekały na tego, który będzie im mógł pomóc i zrzuci przygniatający ciężar. Z wysokich drzew majestatycznie zwisały diamenty zimy – długie sople jak rogi dotykały prawie ziemi… Samotny zajączek przebiegł zapomnianą drogę leśną. Przebiegł i zatrzymał się. Zastrzygł długimi, szarymi uszami. Jego czarne, jak dwa węgielki oczka chłonęły obrazy znad horyzontu. Kilkakrotnie zmarszczył pyszczek i nerwowym skokiem oddalił się w gęste zarośla leszczyn. Skłębione leszczyny stanowiły doskonałe schronienie dla niego przed dźwiękami, które nadciągały od północnych stron ścieżki, a które to dźwięki nie za bardzo mu się podobały. One brzmiały nazbyt hałaśliwie, wrogo – w pogrążonym w zimowym śnie lesie. Wśród ciszy tak pustej i bezdennej jak wyschnięta studnia w opuszczonej wiosce, zbliżające się dźwięki brzmiały jak najgłośniejszy rumor. Wśród splecionych gałęzi malowanych białym szronem, trzeszczącym od delikatnego falowania wiatru – świeciły się te dwa małe, Czarne Oczka szaraka. Ciekawość zwyciężyła. On nie uciekł, lecz skrył się i czekał co też przyniesie na swych skrzydłach północny wiatr. Jego uwagę przykuł niecodzienny dla niego widok. Oto zbliżało się niewielkie stado saren z wielkim, ciemnobrązowym jeleniem na czele. Jego poroże stanowiłoby nie lada zdobycz dla myśliwych. Samiec zatrzymał się i spojrzał w północnym kierunku… On też słyszał te przedziwne dźwięki. Dźwięki, które były jeszcze daleko, a już budziły niepokój i trwogę. Stadko zatrzymało się niedaleko przywódcy. Sarny rozglądały się po oślepiająco białych zaspach w poszukiwaniu suchych źdźbeł trawy. Daremnie… Wciąż prószący śnieg zasypał wszystko białym puchem, a jego gruba warstwa pokrywała szczelnie cały świat. Jeleń spojrzał się do tyłu – troskliwym wzrokiem objął całe stado. Głośno prychnął, aż skłębiony, gorący oddech wydobył mu się z nozdrzy. Zduszony mrozem zniknął po chwili. Sarny zadrżały na ten dźwięk samca i ruszyły za nim truchtem mijając zasypane śniegiem choinki oraz zarośla leszczyn w których skrył się tchórzliwy szarak. Całe stadko znikło w śnieżnej gęstwinie lasu…
Wysoko na czystym, błękitnym niebie, zmrożonym grudniowym oddechem zimy, wolno posuwało się, majestatycznie lecąc ze wschodu stado wron. Ich przeraźliwe krakanie niosło się daleko ponad lasem…
Pędzący wąską, leśną ścieżką jeździec zatrzymał gwałtownie swego wierzchowca, który uniósł się lekko do góry po czym stanął w miejscu. Jeździec szczelnie opatulony ciepłą odzieżą spojrzał na niebo. Przesłonił ręką oczy, broniąc swych źrenic przed ostrymi promieniami odbijającymi się od pokrytych śniegiem drzew. Czarna chmura wron leciała wysoko ponad głową jeźdźca. Tysiące rozwrzeszczanych wielbicieli Królowej Zimy podążało wschodnim gościńcem w dalekie strony północy, na spotkanie ze swą Panią. Na chwilę zapadła ciemność. Lecące wrony przysłoniły słońce, a ich cień spadający na ziemię owionął lodowatym chłodem jeźdźca. Wędrowiec wzdrygnął się czując chłód przenikający przez ciepłą odzież. Krakanie oddalało się, oddalały się też i wrony. Jeździec żwawo zeskoczył z konia i przeciągnął się. Zdjął kaptur, spod którego wypłynęły długie, czarne włosy. Odgarnął je na boki, po czym rozpiął kurtkę by móc sięgnąć za pazuchę. Wyjął stamtąd starą mapę, którą znalazł kiedyś wśród rzeczy swego pradziada. Mapa była teraz jego własnością, a naniesiony na nią teren odpowiadał miejscu w którym on się obecnie znajdował. Śledził swymi zielonymi oczami wszystkie naniesione linie, kreski, kropki… Czytał zapiski naniesione obok poszczególnych miejsc, których nazwy były grubo podkreślone, bądź też wzięte w stylową ramkę. Nazwy, których sensu niestety nie rozumiał – były one bowiem napisane w takim języku, o którym świat już dawno zapomniał, który znali tylko mędrcy i filozofowie. On nie znał…
Schował mapę i wsadził zmarznięte już ręce w ciepłe, futrzane rękawice. Złapał konia za cugle i wolnym krokiem ruszył przed siebie. Idąc rozglądał się dookoła. Podziwiał śnieżne rzeźby drzew i krzaków, podziwiał lodowe sople, zwisające nisko, w których słońce malowało wielobarwne tęcze, w których słońce traciło swą moc topienia i niszczenie, by zamienić się w lodowe krople skamielin. Idąc tak, młodzieniec pogrążał się w świecie fantazji zimowych, całkowicie zapominając o otaczającym go, zimnym, lodowym świecie, całkowicie tracąc orientację miejsca, całkowicie tracąc orientację czasu…
Gdy się otrząsnął było już ciemno. Zasznurował ciaśniej kurtkę przed wciskającym się zimnem. Drgnął… Mocniej chwycił uzdę konia, który równie przestraszony jak jego pan, głośno zarżał… Ach, to tylko spłoszony zając wyskoczył tak nagle spod krzaków leszczyny. Młodzieniec odetchnął z ulgą.
Nocny wiatr zaczął atakować. Podrzucany podmuchami śnieg wirował. Podniesione, ożywione tumany śniegu tworzyły postacie. One zmierzały ku jeźdźcowi. Wędrowiec dosiadł konia i skulił się przed wiatrem. Powoli wchodzili w to zimowe przedstawienie, powoli wkraczali na scenę, gdzie huraganowy wiatr i kłęby śniegu tworzyły nocną, grudniową aurę. Postacie obmywały się na jeźdźcu, dotykając, głaszcząc go swymi zimnymi, lodowatymi dłońmi, które jak macki wślizgiwały się pod ubranie. Dotykając nagiego ciała wzbudzały deliryczne dreszcze, które mroziły swymi wstrząsami ciało. Zmęczony i zmarznięty młodzieniec mocniej przywarł do konia. Położył swą głowę na końskim karku i jechał tak naprzód.
Z daleka dolatywało do ich uszu przeraźliwe wycie wilków, które wciąż rosło, wciąż potęgowało na sile. Szczekanie dobiegało już z bliska – One były tuż za nimi… Ich Ślepia cięły Grudniową Zamieć w poszukiwaniu ciepłej Ofiary, w poszukiwaniu ciepłej Krwi… Jeszcze nieśmiało biegały dookoła Warcząc i Szczekając, jeszcze nieśmiałe… Czekały na dogodny moment by móc zaatakować i Pić ciepłą Krew Ofiar, i Pić, wciąż Pić…
Zmarznięty Jeździec nie był świadom swego niebezpieczeństwa, pogrążony w Lodowym Śnie, jedynie Koń przeczuwał swą i swego Pana rychłą Śmierć, głośno rżąc i przyspieszając biegu. Było to na tyle inteligentne Zwierzę, by nie zrzucić swego Pana i uciec w panicznym pędzie, graniczącym z Obłędem. Zwierzę, które kochało swego Pana i było do niego tak przywiązane, że jeżeli miałoby Zginąć, to tylko razem z nim.
Wilki były już gotowe.
Te, które były najbardziej wygłodzone, jako pierwsze przypuściły Atak… Kąsały pojedynczo z różnych stron i uciekały. Wierzchowiec biegł lawirując – z coraz większym Bólem otrzymywał Rany, coraz głębsze… Krwawił…..
Z Daleka dobiegło Wycie, które zaległo w Uszach swą Mocą i Ciężkim Tonem.
Wilki nie próżnowały – rzuciły się na swą Ofiarę ze wszystkich stron na raz. Koń nie wytrzymał. Stanął dęba, zrzucając swego Pana. Nieprzytomny Młodzieniec padł w Głęboki Śnieg. Wilki widząc, że przypadło im w udziale Atakować dwie Ofiary, podzieliły się. Jedne zajęły się Koniem, a inne krążąc wokół Jeźdźca Szczerzyły Kły i zlizywały nerwowo Ślinę obficie kapiącą z Warg. Wędrowiec zapadając się w Głębie Nieprzytomności zdołał szepnąć Ostatnie Słowo – Meżadews… Słowo, które po wypowiedzeniu odbiło się Echem po Lesie…
Wilki, próbujące Atakować Młodzieńca cofnęły się. Rozglądając się dookoła i łapiąc Powracające Echo, które biegało po Lesie, podkuliły ogony i uciekły.
Niedaleko Jeźdźca rozgrywała się walka. Walka Konia z garścią Wilków, które w zagłuszającym Ryku Walki, nie słyszały Słów i Atakowały, wciąż Atakowały słabnącego Wierzchowca z coraz Większą Złością, z coraz Większą Zajadłością.
Niedaleko z Zarośli wyłonił się Starzec. Był Wysoki, odziany w długi, Szary Płaszcz, którego Kaptur spadał mu na Twarz. Spod tej zasłony dla Oczu wypływała Długa, Śnieżnobiała Broda. Była ona bardziej Biała niż Śnieg, który padał.
Ciężko opierając się na Kiju podszedł bliżej. Wystrzelił w Górę – Urósł. Zrzucił kaptur do tyłu. Wiatr rozwiał jego gęste, Długie Włosy. Starzec uniósł Kij, a następnie obrócił tak Ręką, że ten znalazł się w poziomie. Wilki Zamarły w bezruchu… Niektóre szybko wyrwały się z Zastygłych ramion Przerażenia i podkuliwszy Ogon, uciekły z Wyciem, uciekły Skomląc. Reszta została w oczekiwaniu na Śmierć. Koniec Kija, który wyraźnie był szerszy od reszty – Błysnął na Czerwono. Oślepiający Błysk przemienił się w Ognisty Miecz, który uderzył, który Lizał ich Futra. Lizał i Lizał, i Lizał wciąż… Parzone, Kąsane przez Ogniste Szpony, Wilki wpadły w panikę. Przeraźliwy Skowyt, Krzyk Bólu, towarzyszył Tańcu wśród Płomieni. Wilki tarzały się w Śniegu i tańczyły z Ogniem na Plecach. Padały nieruchomo, poparzone, we Krwi, która ciekła wolno spod kawałków odpadającego Ciała, Barwiąc Śnieg na Purpurowo.
Starzec opuścił Kij. Zimny Uśmiech pojawił mu się na Twarzy. Zdążył…
On był Meżadews – Pan Lasu, pan Zwierząt.
On był Nieśmiertelnym, Ostatnim z Zapomnianych Królów Północnych Borów, Północnych Gór, Pól i Rzek. On to, jako Jedyny, posiadał od Boga Drzew, Dębowy, Filozoficzny Kij Wędrowców, w którym zatopiony był Kamień Wieczności, kamień Wiedzy i Mocy. Czerwony Trymh.
Kamień ten był Symbolem Czterech Mocy Władających Światem: Powietrza, gdzie Kruki Szybują Wysoko, Ognia, który Gwałci napotykane przeciwności oraz Ziemi, która jest Matką Wszystkiego – Drzew, Zwierząt, Ludzi. Ostatni, Czwarty z Żywiołów, który nie był umieszczony w Lasce, należał do Wody. Żywiołem tym Władała Królowa Zima, Pani Mrozów i Lodowych Wiatrów, Pani Śniegu i Śmierci.
Starzec przez Całe swe Nędzne Życie Pustelnika, poszukiwał Czwartego, Ostatniego Żywiołu do swej Laski. Wiedział, wspominając Starodawną Przepowiednię Ślepego Proroka, że gdy Cztery Żywioły, Cztery Potężne Moce spotkają się w Wirującym Krzyżu, Powróci Starodawny Świat – Zapomniany, Odrzucony pomiędzy fantazje, pomiędzy Legendy i Baśnie. Czysty, Potężny, Wspaniały – Świat Królów i Władców.
Starzec oderwał się z odrętwienia Wspomnień. Czas Płynął. Znów pojawił się w kącikach jego Ust Zimny uśmiech – Proroctwo Wypełniało się. Nie na darmo podarował Mapę Pradziadowi Chłopca, który teraz zemdlały i Zmarznięty leżał u jego własnych Stóp. Nie na darmo…
Podniósł Młodzieńca, tak jakby tamten nic nie ważył i zdziwiłby się ktoś, kto obserwowałby tę Scenę z daleka. Oto Stary, Zniszczony latami Pustelnik podnosi z Ziemi bogato odzianego Młodzieńca z Siłą równą Rycerzom, którym ciężkie Rzemiosło Walki nie było obce przez wiele lat.
Szybkim krokiem zaniósł go do swoich Sań, które zostawił w Zaroślach, nieopodal Drogi. Wrócił…
Podszedł do Konia.
- Wierny Przyjacielu – szepnął – służyłeś swemu Panu do końca, Poświęciłeś się by ocalić swego Pana. Nie mogę ci pomóc. Twoje Rany są Śmiertelne, ale mogę złagodzić twe Cierpienie… – dodał głaszcząc Konia po pysku.
Koń nerwowo ruszył chrapami, tak jak ktoś, kto wie, że za Chwilę Umrze, że za Chwilę przestanie być na tym Świecie – przestanie Żyć i Oddychać, przestanie Żyć i Podziwiać…
Zwierzę Przymknęło Powieki na znak zgody. Starzec położył Kij na Ziemi. Lewą Dłoń położył na Sercu, a Prawą na Brzuchu po czym pokłonił się. Wiatr rozwiał jego Włosy. Z Lasu dawało się Słyszeć Śpiew wielu Drzew. Mędrzec wyciągnął Dłonie przed siebie, po czym położył je na Końskiej Głowie. Koń drgnął. Przyjemne Ciepło rozeszło się po jego Ciele. Ciepło, które łagodziło wszystek Ból Ran, wszystek Ból Cierpień.
Kolorowe Obrazy pojawiły się przed Oczami Konia. Zielony Las, Zielone Łąki pełne soczystej Trawy, sucha Stajnia z czystą Słomą i kubłem przedniego Owsa. Obrazy Wirowały… Koń Skonał.
Starzec podniósł się i skierował swe Oczy na Wschód. Dostrzegł jeszcze rozpływającą się na Czarnym Nieboskłonie, Sylwetkę Uskrzydlonego Pegaza, która znikła za Szarzejącym Horyzontem. Daleko, Daleko Niebo Czerwieniało, Blady Świt unosił Czoła a wraz z nim podnosiło się ze Snu Słońce…
- Najwyższy czas ruszyć, by przed Świtem zdążyć do domu – pomyślał Meżadews.
Wrócił do Sań. Okrył szczelniej kocami Młodzieńca, ściągnął cugle i strzelił z bata – ruszyli.
Sanie w wielką energią parły do przodu przez Śnieżne Zaspy, zręcznie omijając Zdradliwe Doły wypełnione Śniegiem. Krajobraz zmieniał się jak w Kalejdoskopie, lecz wszędzie było jednakowo Biało i jednakowo Zimno. Sanie sunęły w coraz to Głębszy Las. Drzewa były tu grubsze, bardziej poskręcane przez Ból Epok, przez Czas – bardziej Stare. Jechali coraz Głębiej w Puszczę…
Znaleźli się w Starodawnym Lesie, gdzie Drzewa Nie Dotknięte były Okiem przez Żadnego Człowieka od Tysiącleci. Wielkie Giganty Patrzyły na nich z Wysoka…
Wreszcie stanęli przed Małą Chatką – tak Starą, że nawet Pamięć Mędrca była za mała by to Wiedzieć.
Starzec wyszedł z Sań głęboko zapadając się w Śnieg. Ostrożnie zdjął Chłopca z Wozu i poniósł w kierunku Chaty. Tyłem stanął do Drzwi i lekko naparł na nie plecami. Otworzyły się z charakterystycznym zgrzytem. Z Chaty wionęło ciepłem i Zapachem Minionych Wieków. Meżadews wniósł Młodzieńca i położył na Łożu wyłożonym Niedźwiedzimi Skórami. Szczelnie okrył go kocem i Starym, wysłużonym już Pledem, tkanym za dawnych Czasów. Podszedł do Paleniska i jeszcze raz spojrzał na Chłopca z Daleka.
- Tyle Czasu na ciebie czekałem, tyle Czasu – pomyślał – lecz teraz Proroctwo Wypełni się…
Dorzucił Drew. Ogień wystrzelił wysoko. Ciepło wypłynęło z Paleniska i rozlało się po Izbie. Starzec wyjął ze Starej Skrzyni pudełeczko z dziwną Maścią. Nasmarował nią skronie Chłopca. Po Izbie rozszedł się Zapach Ziół. Wyraz Twarzy Młodzieńca złagodniał, a Oddech wyrównał się. Zadowolony Starzec wyjrzał przez Okienko Chaty. –
Blady Świt piał już na Horyzoncie. Śnieżyca powoli ustępowała. Mróz Rzeźbił nadal swoje Wzory na Cienkich szybkach, lecz Wzory były jakby bardziej łagodne i mniej spękane.
Starzec odchodząc od Okna przetarł obolałe Oczy. Wygodnie rozsiadł się w Fotelu, przykrywając Nogi jednym z Pledów. Sen Zamknął mu Oczy…

*koniec I rozdziału powieści pt. TRYMH*
Meżadews Akszugor /grudzień 1995/