…i znów TRYMH.

Dziś kolejny rozdział. Pomimo tego, że miało go nie być, wpisuję go. Niedługo kolejne, ale chyba już bez prezentacji na blogu.

Rozdział IX
„Przed Wyprawą”

Ogień wesoło trzeszczał na stosie gałązek pod garnkiem pełnym jeziornej wody. Parzyły się poranne zioła, które Ulv już zdążył zalać wrzącą wodą. Przepiękny zapach tysiąca źdźbeł i pyłków kwiatów roznosił się po malutkiej chatce. Ulv wyszedł na dwór, by nakarmić swego wiernego przyjaciela, wilka – Djevla. Tymczasem Czcibor mył się przyniesioną z jeziora wodą, dolewając co jakiś czas tej z garnka nad paleniskiem. Ulv nie popierał takiego mycia, które według niego dobre było dla kobiet. On codziennie po staroskandynawsku mył się, ale mył tylko w zimnej i jakże orzeźwiającej wodzie z jeziora.
Gdy tylko Czcibor zakończył ablucję, obaj usiedli do śniadania. Czcibor wyjął chleb i ułamał kawał wielkiego placka podając przyjacielowi. Och, jak ten się ucieszył. Obwąchał chleb ze wszystkich stron pomrukując z zadowoleniem. Pomruk ten jednak spotęgowany był również burczeniem w żołądku, gdyż dawno wiking nie miał w ustach tak cudownego – jak sam to określił – pożywienia, jakim jest chleb. Jednak sam smak mocno zadziwił Ulva. Okazało się, że chleb pieczony był z dodatkiem miodu, podczas pełni księżyca i ułożony na brzozowych liściach, by nabrał aromatu i mocy. Chociaż minęło już sporo czasu chleb był nadzwyczaj świeży i chrupiący. Smak miodu dodawał mu niepowtarzalnego smaku, a przesiąknięta skórka sokiem brzozowych liści sama rozpuszczała się w ustach.
- Istna rozkosz – mruczał Ulv głośno mlaskając, co w jego mniemaniu podkreślało jego zado-wolenia ze spożywania chleba.
Również Czcibor zadowolony był, że mógł zadziwić wikinga pokarmem, który może nie jadł na co dzień, ale za to który był godnym reprezentantem tradycyjnej kuchni, ze stron z których pochodził.
Po posiłku spakowali najbardziej potrzebne rzeczy do płóciennego worka i przyczepili po obu bokach konia. Gdy wszystko było gotowe, a ogień zagaszony – ruszyli.
Cały dzień zamierzali spędzić na naprawie łodzi wikinga. Potem złotowłosy miał przewieźć młodego Czcibora na drugi brzeg jeziora, by ten ruszył dalej w swą podróż. Sam zaś Ulv miał wrócić.
Choć chciał towarzyszyć Czciborowi w wyprawie, to z drugiej strony nie chciał. Bał się, że spotka tam, tam daleko, podczas tej wyprawy kobietę, w której się zakocha, a ona go nie zechce. Bał się tego uczucia, tej goryczy miłości, tych nocy nieprzespanych, tych westchnień i szlochów.
Już raz przeżył taką miłość. Był wtedy młody, miał niewiele ponad osiemnaście wiosen, gdy zakochał się w córce kapłana, bardzo wielkiego i cenionego w wiosce. Córka nazywała się Oda. Była młodsza od niego coś o trzy wiosny. Kochał ją i ona kochała go. Na drodze ich jakże królewskiej miłości stanął ojciec Ody, który kategorycznie zabronił im spotkań, zagroził wyklęciem i podaniem przed Sąd Zgromadzenia Wojów. To nie były żarty. Choć go mocno kochała, Oda postanowiła przestać spotykać się z Ulvem, przede wszystkim by go ocalić. Zrozpaczony Ulv zaciągnął się na wyprawę wojenną, z której już nigdy nie powrócił. Oda została sama. Sama wraz ze swymi myślami o tym, co mogła zyskać, a co na pewno straciła. Wkrótce potem chciano ją wydać za mąż, za Dagssona Złodzieja, ale ona pomimo mrocznej opowieści, jaką jej przekazano o Ulvie, kochała go nadal. Nie ufała, tak jak jej ojciec Dagssonowi.
Ślub wyznaczono. Przygotowania dobiegły końca. Sądnego dnia, zrozpaczona Oda rzuciła się na oczach wszystkich biesiadników zaślubin za skał w otchłań morską. Zginęła pożarta przez rozhukane fale zimnego, północnego morza.
O tym jednak Ulv nie wiedział, a przynajmniej nie teraz, kiedy wraz z Czciborem smarował smołą i łatał wysuszonymi pakułami swą łódź. Późnym popołudniem była już gotowa. Ubrudzeni jak małe dzieci, umyli się w jeziorze.
Czcibor nie był pewien, czy mają wypłynąć dziś, kiedy pogoda była jeszcze ładna, czy też jutro. A na jutro pogody nie znali. Ulv też nie wiedział, ale przekonał Czcibora by przewieźć choć część rzeczy z chatki i załadować na łódź. Olbrzymi plecak Czcibora był już co prawda ukryty pod siedziskiem łodzi, lecz trzeba było pojechać do chaty po inne niezbędne przybory.
Wyruszyli. Droga powrotna okazała się o wiele bardziej przyjemna. Pomimo zmęczenia cało-dzienną pracą, jakoś raźniej wracało się im obojgu do małej chatki Ulva.
Byli już blisko, gdy doskonały węch Ulva wyczuł swąd spalenizny.
- Czyżby las się palił – powiedział Ulv ni to sam do siebie, ni to do Czcibora.
- Chyba nie.. – nieśmiało odezwał się Czcibor rozglądając się nerwowo.
Nagle świsnęła strzała i wbiła się Ulvowi w muskularne ramię.
- Kryj się – krzyknął i schronił się za potężnym wywróconym konarem jakiegoś starego drzewa.
Czciborowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Jednak nie skrył się ze strachu, lecz po to by lepiej móc strzelać z łuku. Jak się za chwilę okazało jego strzały były głośniejsze, co przyprawiało napastników o dreszcze strachu oraz niewątpliwie celniejsze. Wróg padał martwy, często się tego nawet nie spodziewając. Gdy zwykłe strzały traciły swoją moc zasięgu, strzały Czcibora dolatywały czyniąc śmierć wrogom.
Wtem krzaki zatrzęsły się i wśród trzasków łamanych gałęzi wypadła grupa głośno wrzeszczących kilkunastu chłopów.
- Weź mój hełm, mi nie będzie potrzebny – krzyknął Ulv rzucając hełm w stronę Czcibora, który strzelał z łuku jak szaleniec.
Czcibor nie dziękując nałożył go i wyskoczył z ukrycia. Podbiegło do niego trzech chłopów z długimi dzidami, z zamysłem okrążenia przeciwnika i zakłucia go. Przejrzał ich plany i nie pozwolił im na to. Był o jeden moment szybszy. Jego miecz był tak ostry, że przeciął twarde drewno dzid, odrąbując ich groty. Pozostając tylko z kijami, chłopi byli bardzo łatwym celem dla Czciborowego miecza. Trzech padło martwych.
Tymczasem Ulv wyrwał sobie strzałę, uprzednio łamiąc. Wyskoczył z ukrycia i już pięciu napastników było przy nim. Ten nie zastanawiał się długo. Zakręcił trzymanym w lewej dłoni mieczem potężnego młynka, równocześnie siecząc toporem z prawej ręki. Nie zaprawieni w boju wieśniacy padali z przerażeniem i zdziwieniem w oczach. A może był to strach, przed szaleńczym atakiem wikinga, który walczył na dwie ręce jak demon, a nie człowiek.
Rzeczywiście, Ulv nie dość, że wpadł w furię, to jeszcze krwawiąc poczuł wolę mordu. Odezwał się w nim duch prawdziwego wikińskiego berserka.
Czcibor znów był w tarapatach. Otoczyło go znów trzech ludzi, z których dwóch udało mu się powalić, zadając śmiertelne pchnięcia mieczem. Trzeci, stojący z tyłu był o tyle przebiegły, że zdzielił chłopca mieczem w głowę. Wikiński hełm wydał z siebie metaliczny jęk i wgniótł się, uciskając tak mocno w głowę Czcibora, że ten padł zemdlony. Ostrze miecza wroga powędrowało i zatrzymało się na szyi leżącego na ziemi chłopca.
Ulv powalił toporem ostatniego swego przeciwnika i już miał się odwrócić, gdy usłyszał za plecami ostry szczekot.
- Stój! i nie ruszaj się, bo twój przyjaciel zginie. A teraz odwróć się powoli i połóż pomału miecz i topór na trawie – głos obcego był silny i zdecydowany – cofnij się następnie parę kroków. Jeden fałszywy ruch i wbiję miecz twemu kompanowi w gardziel.
Ulv powoli, tak jak kazał nieznajomy upuścił miecz na trawę. Jednak topór odkładał powoli, jakby z szacunkiem. Powoli przykucał jednocześnie puszczając topór na ziemie. Ponieważ ten był tak duży, od razu oparł się o ziemię. Na to tylko wiking czekał. Nim przeciwnikowi drgnęła powieka, już Ulva topór tkwił w jego piersi. Chłop padł martwy. Zdawało się, że szepnął coś jeszcze, ale Ulv nie zrozumiał lub nie chciał zrozumieć. Zresztą czy miało to teraz jakieś znaczenie? Trup to trup.
- Stara sztuczka – zaśmiał się Ulv, powoli idąc w stronę leżącego Czcibora – gdybyś się znał na prawdziwej sztuce walki, gamoniu, wiedziałbyś, że się najpierw zabija, a potem rozmawia z wrogiem. Tak, jak ja teraz to robię z tobą – nacisnął butem na ciało odpychając je od omdlałego chłopca.
- Ładny miecz – wyjął z rąk chłopa miecz i cisnął w krzaki – ale nie będzie ci już potrzebny – dodał z uśmiechem.
Wiking nachylił się nad chłopcem, gdy ten właśnie otwierał oczy.
- Nic ci nie jest, nie jesteś ranny – spytał z lekką ironią w głosie.
- Chyba nie – odpowiedział powoli Czcibor przełykając resztki śliny – tylko głowę mam jakąś taką ciężką.
- Widać coś w tej głowie masz, skoro jest ciężka – zaśmiał się wiking i syknął w tej samej chwili przeraźliwie klnąwszy – do czorta, w sam mięsień oberwałem strzałą.
- Możesz wstać Czciborze i iść? Trzeba stąd wiać czym prędzej, z domu i tak już nic nie zostało, a oni mogą nadejść znów – z grymasem na twarzy Ulv pomagał się dźwignąć z ziemi Czciborowi.
Rana niby niegroźna okazała się nadzwyczaj bolesną, nawet dla tak zaciętego wikinga, jakim był Ulv.
- Nic mi chyba nie jest. Trochę mnie boli głowa, a tak to wszystko w porządku – uśmiechał się już teraz Czcibor ściągając i oglądając ze zdziwieniem hełm. – Patrz, uratował mi życie.. ura-towałeś mi życie oddając mi swój własny hełm – szybko się poprawił.
- Eee.. to nic takiego. – uśmiechnął się pod wąsem wiking – Po prostu wiedziałem, że biorąc udział w niejednej bójce mam trochę wprawy, no i tą świadomość, że albo zwyciężę, albo zginę. Ty jesteś młody, bardzo młody i żal by było, gdybyś zginął. Choć trzeba przyznać, iż zadziwiłeś mnie swą walecznością. A przyznam się, że widziałem już niejedną bitwę. No, ale dość tych pochwał, chodź brachu, trzeba ruszać, za niedługi czas zacznie zmierzchać.
- Spójrz – powiedział Czcibor ze smutkiem w głosie – ukradli nam konia.
- Nie pewnie uciekł spłoszony.. – powiedział Ulv i jego głos łamiąc się zamarł.
Czcibor podszedł do niego i również znieruchomiał. W jego oczach pojawiły się łzy. Spojrzał na Ulva. Ten również nie krył łez. Waleczny wiking płakał.
Przed nimi leżał wilk wikinga, z kilkoma strzałami tkwiącymi w boku. Jego głowa była odcięta.
- Bandyci! Aaaagrrrrh! – zawył wiking przez łzy – Będę was mordował, ćwiartował, palił wam domy i świątynie! Zemsssstaaa! – wysyczał z płonącymi oczami od nienawiści.
Wilk został pochowany z szacunkiem pod dębem. Ciała napastników w pogardzie pozostawili na żer drapieżników. Czcibor nie protestował.
Spieszyli się. Robiło się coraz bardziej szaro.
Pomimo tego, że obaj żyli i wyszli z potyczki w miarę nie pokaleczeni, czuli się zmęczeni i obolali. Nie było czasu na odpoczynek, oj nie było czasu…
Ruszyli.
Ich włosy zaczął szarpać coraz silniejszy wiatr, który ciągnął za swym podmuchem zmierzch. Bezsilne młode krzaczki, leszczyny i paprocie, jak w pokłonie chyliły się do ziemi.
Przedzierając się przez gęsty las, byli bardzo czujni. Do tego ramie Ulva zaczęło mocno krwawić. Musieli zatrzymać się.
Czcibor zerwał parę liści podróżnika szerokolistnego, którego pełno było na polanach i ułożył na ranie, po czym owinął niezbyt mocno oderwanym płatem płaszcza. Nie trwało to długo, musieli iść dalej. Droga powrotna okazała się o wiele dłuższą i trudniejszą. Zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki.
Wreszcie do ich nosów dobił świeży, chłodny zapach wody, mokrego mułu i trzcin.
Byli już blisko…

Meżadews Akszugor
23-24. Wrzesień 1996 r.

Kolejny rozdział TRYMH

Rozdział V
„Wróg”

Szli w milczeniu. Słowa były zresztą zbyteczne, posiadali cel – wszyscy maszerowali by za-bić. Mord malował ich twarze nienawiścią…
Wczoraj jeszcze poganie, dziś już chrześcijanie – napełnieni duchem niezrozumiałej i tak dla nich wiary. Napełnieni słowami księdza, który szedł obok nich, obok tych wszystkich mieszkających w pobliskich wsiach. Wsiach, które otaczały ogromny, starodawny las.
Tego lasu nie dotknęły żadne topory, dopóki nie pojawili się oni, z odmiennym spojrzeniem na świat, z odmienną wiarą. Oni kazali wyciąć las, oni kazali zniszczyć wszystkie święte miejsca, budując nowe – swoje, ku czci nowego boga, tego niby jedynego i prawdziwego. To oni kazali zabić wszystkich przeciwnych, to oni kazali zabić – i zabijano. Ginęli bracia – wczoraj bracia, dziś już wrogowie. Teraz celem tych mężczyzn, uzbrojonych jak na wojnę, była tylko jedna osoba, jeden samotny starzec, mieszkający w samym sercu puszczy.
Tam żadna noga nie stanęła od setek lat, tam żaden głos nie zranił ciszy…
Lecz oni maszerowali, oni śpiewali – te wszystkie pieśni, których nauczył ich ksiądz, te wszystkie pieśni o miłości, wzajemnym poszanowaniu, o bogu… Śpiewali, choć nie znali sensu, nie mogli jego pojąć – pogrążeni jeszcze we śnie pogaństwa.
Przyspieszyli kroku – musieli zdążyć jeszcze dziś, jeszcze przed zmierzchem, by nikt go nie ostrzegł, by móc go zaskoczyć.. i wepchnąć morderczy nóż. Musieli to zrobić w blasku słońca, bo noc mogłaby przynieść – ku pomocy starcowi – na swych czarnych skrzydłach wrogie siły demonicznej ciemności, której oni się bali, której bał się również ksiądz. Nie mogli się obronić, byli bezsilni ze swymi mieczami, ze swymi tarczami i łukami, gdy starzec władał magią.
Zbliżyli się do skraju lasu. U ich stóp wyłonił się z mgieł posążek boga lasu – zapomnianego boga…
Tu w puszczy czas się zatrzymał, życie stało w miejscu. Tu przeszłość i przyszłość były jednym dniem.
Zatrzymali się. Ksiądz dokładnie, aczkolwiek z wielkim obrzydzeniem na ustach obejrzał posążek.
- Cóż za plugastwo. Jak można rzeźbić podobizny jakiś stworów czy bożków i stawiać jako świętość? – zastanawiał się, mrucząc pod nosem.
Oczy wieśniaków malował strach. Strach przed puszczą, w której odmęty mieli się za chwilę zanurzyć oraz strach przed magią.
- Spalcie to. Spalcie tego bałwana – zawołał grzmiącym głosem ksiądz.
Wyrwani jakby ze snu, wieśniacy rzucili się w pobliskie krzaki i chaszcze po chrust. Zbierali szybko. Przecież było mało czasu.
Drwa zostały ułożone. Człowiek w czerni podłożył garść ognia. Płomień zawył i zgasł. Wszyscy cofnęli się odruchowo, jednak nie ksiądz. Podpalił jeszcze raz suchą trawę. Zajęła się powoli ogniem. Płonęła spokojnie. Delikatnie przesunął płonącą ściółkę pod drwa. Sycząc i iskrząc ogień zaczął je spożywać. Drewniany posąg powoli zaczął czernieć. Wrogi grymas pojawił się na drewnianych ustach.. a może to tylko słońce bawiło się cieniami na jego rzeźbionej twarzy. Wieśniacy wpatrywali się w płomienie oniemiali. Jakieś dziwne przeczucie niepokoiło ich serca, budząc odległe wspomnienia.
Daleko od tego miejsca Starzec drgnął na posłaniu. W jego myślach zaczął rysować się obraz tego miejsca gdzie przeszłość zderzyła się z ogniem teraźniejszości. On nie bał się, nie miał czego – tu w lesie władał siłą, potęgą – mocą tak wielką, że symbol z szyi księdza był maleńkim ziarnem w porównaniu z mocami tego lasu.. z jego mocą, nieśmiertelnego pustelnika.
Dziad Borowy wstał i wyszedł na podwórze.
Ruszyli zostawiając nadpalone resztki, z których cienka stróżka dymu uciekała do lasu… dla nich dymu – ale to duch boga lasu uleciał ze swej materialnej, drewnianej postaci i wznosząc się nad ich głowami zjednoczył się z cieniami drzew swego królestwa, znikł wśród gałęzi, wśród drzew.
Weszli do lasu. Ich dusze leżały na ramieniu, w każdej chwili gotowe by oderwać się i ulecieć w nieznane, jak najdalej od tego miejsca. Strach otwierał coraz szerzej oczy, cisza napełniała uszy.
Ich śpiewy, tak donośne wśród pól, którymi szli do lasu, teraz przycichły. Ich głosy były mniej pewne, pozbawione wiary w to, co śpiewali.
Ich dusze napełniały się miłością do tego lasu, do tych drzew, do tej zwierzyny, co uciekała teraz od nich, co chowała się widząc obcych ludzi. Drzewa złowrogo trzeszczały wyciągając szponiaste dłonie w ich kierunku. Dłonie, które szarpiąc odzież powstrzymywały, zakazywały wstępu obcym, wrogim – a braciom do niedawna.
Przeraźliwe krakanie kruka, króla jesiennego zmierzchu napełniało ich serca bólem. Oni nie mogli tego zrobić, nie mogli.. lecz byli tacy słabi, pełni zwątpienia i rezygnacji, tacy ulegli, poddani sile nowych symboli, nowych słów.
Oczy maszerujących prawie jednocześnie dostrzegły frunącego wysoko orła, który zataczał kręgi nad ich głowami. Zatrzymali się i z lubością spoglądali na tego wielkiego ptaka – które-go prymitywny wizerunek nosili na tarczach.. który był ich symbolem – ich państwa. To był święty biały orzeł.
Z zamyślenia wyrwał ich szorstki głos księdza. Kazał on napiąć łuki i strzelać. Szum nieza-dowolenia poruszył ich usta. Jakże mogli strzelać do symbolu ich królestwa?
- Moi drodzy, to co widzicie, nie jest orłem, to ułuda tego czarnoksiężnika, to jego wysłannik, jego oczy, który zapewne poleci teraz ostrzec starca – ksiądz monotonnym głosem zaczął ich przekonywać – Nie dajcie się skusić diabłu, musicie być silni w tej próbie. Bo to próba waszej wiary. Napnijcie swe łuki i strzelajcie, a zobaczycie, że pokonacie demony szarpiące wasze umysły.
Strzelali, ze łzami w oczach strzelali. Strzały świszcząc przeszywały powietrze. Wszystkie chybiły celu. Ten cel nie był dla nich.
Nerwy księdza puściły. Już nie był miłosierny. Wyzywał swych wiernych od sług demona, przeklinał ich, przeklinał puszczę, przeklinał orła.
- Módlcie się teraz! – krzyczał – Módlcie się o swe dusze. Jesteście straceni! Módlcie się, a może dostąpicie łaski czyśćca.
Tymczasem przegnany orzeł odleciał.
Wieśniacy pozostali smutni. Pogrążyli się w zadumie – nad tym, co czynili oraz nad słowami księdza.
- Ruszamy – warknął ksiądz.
Nieświadomy niczego prowadził ich dalej i dalej, w głąb zapomnianej puszczy. Niebo szarzało. Ciemnoszare pasma chmur powoli przykrywały zamieniające się w granat niebo. Gdzieś daleko na zachodzie krwawe plamy zachodzącego słońca mieszały się z wieloma odcieniami czerwieni i żółci. Nad ziemią zaczęły unosić się delikatne opary mgieł. Rosa zdobiła liście ściekając i kapiąc z szelestem na ziemię. Drzewa płakały.
Daleko zaczął majaczyć obraz pustelniczej chaty. Maszerując z trzaskiem łamanych gałązek i świstem miecza niszczącego gęste zarośla malin, jeżyn, paproci – dochodzili do miejsca, w którym krew miała się przelać.
Nagle stanęli zdziwieni.
Ksiądz również stanął oniemiały i z zapytaniem w oczach odwrócił się do najstarszego z wie-śniaków, który bywał kiedyś w tych stronach.
Wieśniak wiedział, co ksiądz ma na myśli, lecz nie znał odpowiedzi.
W tym lesie, w którym nic nie tknięte było ręką ludzką od setek lat, pojawił się kolejny drew-niany posąg, tym razem jakiegoś młodego bożka i to dość świeżo wyciosany.
- Nie możemy go zniszczyć teraz – szepnął ksiądz – bo stary się zorientuje, ale zrobimy to w drodze powrotnej.
Ruszyli dalej. Każdy spuszczał wzrok przechodząc obok drewnianego posągu. Ostatni ruszył się z miejsca stary wieśniak, uprzednio dokładnie go obejrzawszy. Był to przedziwny posąg. Wyciosany chyba ręką mistrza albo samych bogów. Każdy szczegół był tak wyrazisty i dokładny, tak realny, że gdyby nie drewno, materiał, z którego był stworzony, można by powiedzieć, że posąg.. żył!
Wysoki, przewyższał ich o głowę, smukły – przedstawiał młodego chłopca, lat około dwu-dziestu, o długich włosach, prawie do pasa, w płaszczu z kapturem. Płaszcz był tak długi, że sięgał do ziemi i nie można było dostrzec butów lub nawet bosych nóg chłopca. Jego oczy były szeroko otwarte i zdawały się śledzić każdego z osobna.
Wieśniak znowu przystanął i zamyślił się.
- Nawet trawa nie zdążyła go porosnąć, nawet nie ściemniała od słońca. Ba! Nawet drewno nie wyschło.. było wilgotne, jakby wciąż rosło, żyło.. – rozmyślał – coś tu jest nie tak.
Dołączył do grupy czym prędzej, milcząc.
Ludzie zniknęli z pola widzenia. Posąg poruszył się. Drewniana twarz, drewniane ręce nabra-ły życia. Już nie był kawałkiem drewna, ale żywą istotą, człowiekiem. A może to nie był czło-wiek?
Młodzieniec ruszył cicho jak noc za ludźmi, ciągnąc za sobą szare chmurzyska. Chmurzyska postrzępione od nienawiści…

Meżadews Akszugor 1995 – 1996

`OKO ZA OKO`

Zastanawiam sie ile jeszcze ludzi musi zginąć, ile kobiet zostać zgwałconych, ile dzieci uprowadzonych, ilu policjantów zastrzelonych na służbie – by wreszcie w tym rozmodlonym państwie ktoś wprowadził karę śmierci. Nawet w Biblii jest napisane, że oko za oko…
Jeśli brakuje katów do wykonywania zawodu, to ja się zgłaszam na ochotnika. Mogę wieszać, ścinać toporem, strzelać w tył głowy…
Aby w tym kraju rządziło prawo, a nie bandyci i przestępcy.
Dlaczego kara śmierci? Otóż mam już dość utrzymywania bandytów z moich podatków, w cieplutkich i przyjaznych środowisku przestępczemu, więzieniach. Miesięczne utrzymanie bandyty skazanego na dożywocie wynosi mniej wiecej tyle, co ja zarabiam uczciwie pracując w tym kraju, czyli ok. 1000 zł.Dość! Mówię, krzyczę: DOŚĆ!

P.S. Wszystkiego Najlepszego z okazji urodzin (n-tych już) Droga Martuniu. Słodkie buziaczki urodzinowe :-*

`AKT III`

umyłem swe ciało
stanąłem nagi
twarzą ku wiatrom
krew gotowała się
podgrzewana przez
duchy w ciele

impuls

erekcja

niekończąca się
poza
w magicznym kręgu
niekończący się
śpiew
ku gwiazdom

-tam i ja
i oni
tańczą

Meżadews Akszugor
/19. Sierpień 2002 r./

P.S. Dziś polecam coś chemicznego oraz mjuzik COIL „Transparent Zos Kia”…
Już niedługo COIL zagra w Polsce dwa koncerty. Jeden w Gdańsku, w Katedrze (hmm.. ta muzyka i katedra?) oraz w Warszawie. Jak pieniędzy starczy pojawię się i tu i tu :-)
Jest ktoś chętny na podróż w głąb umysłu ludzkiego..?

`AKT VIII`

martwy człowiek
bez maski
w tajemniczym trójkącie
a po obręczy koła
wąż sunie
i zaciska
pętlę

-która była
śmiercią

Meżadews Akszugor
/19. Sierpień 2002 r./

`AKT XXXIII`

………………wierzę w te barwy………………
………………które ruszają………………
………………moimi oczami………………

………………przenikam je………………
………………dotykam zmysłami………………

………………ślina smakuje………………
………………tysiącami kubków………………

………………mówisz prawdę………………
………………a ja wierzę………………

………………zatopiony………………

………………i mogę ufać………………
………………i mogę kpić………………
………………i mogę grać………………

………………frunę wraz z umysłem………………

………………poprzez przestrzenie………………
………………poprzez lustra………………

………………przenikam wiatr………………
………………przenikam myśli………………
………………twe………………

………………uwierz lub bój się………………

Meżadews Akszugor
/17. Sierpień 2002 r./

`SCHIZZZ..`

lubię zapodać
coś do noska

lubię widzieć
przez chmury

lubię przenikać
najtwardszą stal

lubię czynić
tobie los

lubię ssać
cała ciebie

lubię błądzić
w oparach dymów

lubię twe sutki
sterczące

chłód
podniecenie

osłoda moich
ust

lubię słyszeć
twój krzyk

lubię echo
odbijające się od księżyca

lubię gdy docieram do ciebie
we śnie

bezbronna

schizzzzz…

Meżadews Akszugor
/17. Sierpień 2002 r./

`SNIFF, SNIFF, SNIFF…`

kończy płonąć
mój papieros…

niebieski dym
mówi
pa pa

uśmiech
malował twarz

sine usta

jesteś, jesteś, jesteś

lubię patrzeć na ciebie
przez dym

nasienie na udach

i poszarpana suknia

bielizna rozrzucona po pokoju….

w niebieskim dymie….

jesteś, jesteś, jesteś…..

żyły uwalniają się
od cieczy w nich
płynącej

euforia opada
jak męskość
po szczytowaniu

szum
bezdech…

wypalone oczy
tępy wzrok

sniff sniff sniff…

Meżadews Akszugor
/15. Sierpień 2002 r./

WSPOLCZESNA CZAROWNICA

Care Fratres, Sorores et Consortes!

Jest nam niezmiernie milo oglosic, ze w czas srodletniego nowiu ukazala sie nakladem naszego Wydawnictwa WSPOLCZESNA CZAROWNICA Antona Szandora LaVeya. Ksiazka posiada limitowany naklad i bedzie dostepna w ksiegarniach dopiero we wrzesniu. Jednakze z racji specyficznej aury, jaka otacza jej autora, istnieje duze prawdopodobienstwo, ze niektorzy ksiegarze odmowia jej dystrybucji. Dlatego zainteresowanych jej kupnem zapraszamy do dokonania tego za posrednictwem naszej strony:

.’.OKULTURA.’.

Dariusz Misiuna i Wojtek Benicewicz
(.’.OKULTURA.’.)

::: SEX cz. 2 :::

Tekst ten miałem napisać zaraz po uwagach waszych odnośnie poprzedniego, ale wstrzymałem się. Dopiero komentarz ‚Wściekłej’ zmobilizował mnie do podjęcia napisania części drugiej, opartej już na własnych doświadczeniach.
‚Wściekła’ napisała: „a jak kobieta nie może dojść do orgazmu ??? to co ma począć ?”
Tak, sprawa jest trudna i przykra. W sztuce miłosnej zadowolenie i orgazm teoretycznie zależy od partnera a przede wszystkim (wg mnie) od doboru drogi pobudzenia. Natomiast w sferze psychicznej zależy tylko i wyłącznie od kobiety. Przedstawię teraz to co sądzę oraz to co wiem na ten temat.
Jeśli chodzi o sztukę kochania się i sprawiania sobie jak najwięcej rozkoszy i satysfakcji z miłości, obowiązek ten spoczywa zarówno na kobiecie jak i na mężczyźnie. Kobieta musi być otwarta i nieskrępowana, musi też wspomóc partnera, w odnajdywaniu swoich punktów erotycznych. Po prostu musi więcej wiedzieć o swym ciele od partnera i gdy ten sobie nie radzi, naprowadzić go w sposób delikatny. Do obowiązku partnera należy obserwacja zachowań swej ukochanej podczas kochania się, analizy miejsc i punktów, przy dotykaniu-pobudzaniu których kobieta ma satysfakcję oraz osiąga wiele doznań, bądź samego orgazmu. Wiele kobiet ma wiele punktów erogennych poczynając od szyi, barków, piersi i sutków a skończywszy na podbrzuszu, pochwie i odbycie.
Jest naukowo dowiedzione iż jednoczesne pobudzanie piersi i sutków wraz z odpowiednim masażem warg pochwy i samej łechtaczki, powoduje bardzo wyraźne i mocna doznania u kobiety. Tak jakby te dwa odległe punkty, sutek-łechtaczka, były ze sobą połączone jedną nitką nerwową. U innych kobiet podniecenie wywołuje oraz wzmaga orgazm dotyk szyi, podbrzusza czy miejsc pod kolanami. U większości prawie przy spotęgowaniu orgazmu pomaga ciche lub głośniejsze odgłosy zadowolenia jej samej bądź samego partnera (a czasem i jej i jego).
Niektóre kobiety poprzez samą symulację oddechów i jęków potrafią dojść do orgazmu i to bez partnera.
Są też kobiety, które doznają orgazmu poprzez seks analny (nie jest to nic wstydliwego, a przy odpowiedniej technice i delikatności, wręcz bardzo przyjemne). Seks taki może odbywać się w dwojaki sposób. Partner wsadza swego członka do pochwy, jak przy normalnym stosunku i palcami stymuluje rejon odbytu (z możliwością delikatnego wnikania palcami w głąb) lub partner wsadza swego członka bezpośrednio w odbyt (i tu zwrot w kierunku panów o wzmożoną wrażliwość i delikatność – wy nie jesteście robotami a partnerka to nie lalka dmuchana!), a ręką stymuluje łechtaczkę (z możliwością wnikania palców dłoni do pochwy). Przy czym należy zwrócić bezwzględną uwagę, iż kobieta trzykrotnie dłużej dochodzi do orgazmu niż mężczyzna i to właśnie od partnera zależy, by ten akt przedłużać jak najdalej, dotąd aż zadowoli się partnerkę.
Sam prowadziłem obserwacje odnośnie wyglądu i ułożenia warg u kobiet i doszedłem do wniosku, iż kobiety u których bardziej wydajne są wargi mniejsze i sama łechtaczka (lekko wystają ponad wargi większe) częściej osiągają orgazm łechtaczkowy. Te kobiety, których wargi mniejsze są bardziej ukryte (tak że widać tylko wargi większe – ułożone w kształt zamkniętej muszelki :-)) osiągają częściej orgazm pochwowy, czyli ich punkty erogenne zamiast na łechtaczce znajdują się wewnątrz pochwy u wejścia, na końcu (i tu zadowolenie daje partner z dłuższym penisem) lub na całej długości pochwy. Nie wiem na ile ta teoria jest prawdziwa, ale możecie ją zweryfikować w praktyce :-)
Bardzo ważną sprawą (a może i najważniejszą sprawą!) u kobiety jest sfera psychiczna oraz sfera atmosfery.
Atmosfera. Podczas, gdy partnerowi najczęściej jest obojętne, czy będą kochać się w lesie, na mokrej łące, na przystanku autobusowym czy po południu, a za ścianą sąsiad wierci wiertarką, tak u kobiety ma to duże znaczenie. Krótko mówiąc musi to być TO miejsce i TA atmosfera, która sprawi, że kobieta poczuje się pewnie, bezpiecznie i będzie mogła się oddać całej rozkoszy. Ważną sprawą jest komfort psychiczny oraz otoczka wizualna, np. świece, kolacja we dwoje (z delikatnych potraw), czy gustowna bielizna.
Psychika. Kobieta zraniona we wczesnym dzieciństwie lub młodości [niespełniona miłość, zawód miłosny, gwałt, wykorzystanie seksualne, widok ojca znęcającego się nad matką - czy też stres wywołany pogardą dla swego ciała, stres wywołany pogardą rodziców do spraw seksu, czy stres wywołany różnicami w pojmowaniu świata erotyki między partnerką, a partnerem (oparty na wyznaniu religijnym)] – ma opory przed współżyciem seksualnym z partnerem oraz pewnego rodzaju blokadę na psychice.
Opory wszakże można pokonać, jest to kwestia woli lub ponownego rozpatrzenia światopoglądu, ale co zrobić z blokadą psychiczną? Tu pomocny jest tylko psycholog, relaks, joga, bądź długotrwała terapia pomiędzy partnerką, a partnerem, polegająca na wzajemnym zrozumieniu, zaufaniu, oddaniu, miłości, ufności, a przede wszystkim na wybraniu czułego i opiekuńczego mężczyzny.
Jest to uleczalne, jednak terapia jest długotrwała i wymaga od obojga dużo cierpliwości i wyrzeczeń.

Pamiętajcie, że Miłość jest Prawem, Miłość poddana Woli. Czyńcie więc Miłość, niechaj będzie całym Prawem. Czyńcie tak, a nikt nie powie wam nie.

Pocałunki na wasze usta składam.
Frater Akszugor.