`METAMORFOZA`

Położyłem się w swoim łóżku. Przed snem przeczytałem jeszcze parę stron książki, po czym stwierdziłem, że oczy mi się same zamykają.
- Cóż, niech i tak będzie, nie dokończę znów jej czytać, ale przynajmniej się wyśpię – pomyślałem.
Odłożyłem książkę na szafeczkę przy łóżku. Zgasiłem lampkę nocną i położyłem się na boku…
- Nie no, tak to ja nie zasnę – pomyślałem – albo ta pidżama mnie ciśnie albo prześcieradło się znów podwinęło.
Uniosłem się. Ciemności…
- Tak, to pidżama – stwierdziłem – znów się źle położyłem i uwierała mnie góra.
Poprawiłem bluzę, zadowolony, że to jednak nie prześcieradło, gdyż nie chciałem już wstawać i ścielić na nowo łóżko.
W tym samym czasie oczy przyzwyczajone do ciemności rozpoczęły rozróżniać poszczególne kontury mebli.
Położyłem się z powrotem. Tym razem już wygodnie.
Leżałem tak przez chwilę w bezruchu przypatrując się lampie pod sufitem. Myśli… Setki tysięcy goniących się impulsów bombardowało mój mózg.
- Spokój – pomyślałem – że też za dnia nie mogłem o tym wszystkim myśleć, czemu pies sąsiadki nasikał nam znów na wycieraczkę i czemu tak słabo jej powiedziałem do słuchu.
Postanowiłem o tym nie myśleć, ale najzwyczajniej w świecie zasnąć. Przecież jutro wstać mam rano do pracy!
- Ach, ta praca – pojawiła się kolejna myśl.
- O nie, żadnych myśli o pracy przed snem – moją pierwszą myśl prześcignęła druga.
I dobrze, że zdążyła. Jeszcze bym się męczył przed zaśnięciem, a tak to w ciszy, spokojnie usnąłem…
~
Linie…długie linie – bez początku i końca…
Jak struny…
Tak, to struny, gdyż dźwięczą barwami…
Ciepło…zimno…
Tunel z linii…pleciony ze skręconych linii…
Barwy przesuwające się po ścianach…
Coraz szybciej…i szybciej…
Pulsujący dźwięk, jak bęben…głuchy bęben rytmicznie wybijający… -Zegar?
Serce!
Szum…cóż za dziwny szum…pomiędzy tymi dźwiękami… -Wiatr?
Powietrze z płuc!
Twarze…ich…ich…ich…
Słowa…echa…odgłosy…szlochy…śmiechy…
Cisza…
~
Aaaa… Coś mnie raptownie poderwało ze snu.
Siadłem na łóżku. Ciemności…
Siedziałem tak przez chwilę, aż oczy przyzwyczają się do mroku. A ponieważ odbywało się to powoli, więc nie czekając ani chwili dłużej, wstałem i włożyłem kapcie. Obejrzałem się. Na łóżku spał jakiś facet.
- Do czorta – pomyślałem – spałem z jakimś facetem w swoim własnym łóżku? Jestem gejem? A może zostałem zgwałcony? – myśli goniły jedna za drugą.
Szybko o tym zapomniałem, gdyż moją uwagę przyciągnęły dziwne dźwięki. Jakby trzask łamanych gałązek leśnej ściółki. Odwróciłem się i ruszyłem za dźwiękiem. Zrobiłem zaledwie kilka kroków… Krzesło!
Nim się obejrzałem, już krzesło było za mną.
- No pięknie, nawet po ciemku krzeseł nie zauważam i do tego przewracam – skarciłem się krytyczną myślą.
Odwróciłem się, by je postawić na miejsce.
Krzesło stało.
A więc jednak udało mi się je ominąć i nie przewrócić. Odetchnąłem z ulgą i pomyślałem, jaki to zręczny ze mnie chłopak. Uśmiechnąłem się sam do siebie.
- Przestawię je do stołu, by po raz drugi się o nie nie zabić – pomyślałem i chwyciłem za oparcie.
- Przestawię je do stołu, by po raz drugi się o nie nie zabić – pomyślałem i chwyciłem za oparcie.
Pomyślałem i chwyciłem…
Chwycić nie mogłem. Przenikałem przez krzesło lub ono przenikało przeze mnie.
- A więc śnię… Tak, muszę śnić skoro dzieją się takie dziwne rzeczy… Ale jeśli to nie sen? I skąd u diabła ten facet w moim łóżku.. – wciąż nie mogłem pojąć sprawy z nieznajomym mężczyzną.
- Dobra, pomyślę o tym jak wrócę – powiedziałem sam do siebie
- Wrócę? – zapytała się jedna z myśli w głowie – a dokąd ja idę?
Zrobiłem jeszcze kilka kroków z zamiarem dotarcia do drzwi od pokoju, ale zachwiałem się i runąłem przed siebie.
Padając na ścianę zdążyłem pomyśleć, że gębę to ja sobie dziś obiję. Jeśli nie obiłem o krzesło, to teraz na pewno zrobię to o ścianę. O guzie jak śliwka na czole nie wspomnę.
O dziwo, upadłem miękko zanurzając się w pościeli… Byłem w sypialni u sąsiadów.
- U sąsiadów?! – prawie krzyknęła z niedowierzaniem myśl druga do pierwszej.
I rzeczywiście, to nie był mój pokój.
Wstałem powoli, by ich nie zbudzić, bo spali smacznie.
- Co tu jest grane? Kim jestem? Co robię? Dokąd zmierzam? Po co? – znów tysiące myśli, jak na wyścigach konnych.
Znieruchomiałem. Sąsiad przekręcił się w swym łóżku na drugi bok ciągnąc za sobą kołdrę. Odkrył tym samym sąsiadkę. Była ubrana w lekką koszulkę nocną, tak luźną, że prawa pierś jej wystawała.
Odwróciłem wzrok. Wstyd jakiś pojawił się w mojej głowie. Wstyd?
Po czym znów spojrzałem.
Sąsiadów już nie było. Pokoju już nie było. Gęsta masa czerni pojawiła się przed moimi oczami. Gdzieniegdzie pojawiały się malutkie pulsujące punkciki. Światełka.
Wtem, coś przeleciało obok mnie ze świstem pozostawiając jasną smugę. Welon. Gdzieś daleko, podobny jasny punkt ognisty przeleciał w przeciwnym kierunku.
- Kosmos – powiedziała myśl pierwsza.
- Zamknij oczy – dodała myśl druga.
Zamknąłem. Coś szarpnęło mną. Poczułem jak w ułamku sekundy mknę z olbrzymią prędkością niczym winda. Jednak nie w górę, w przód mknąłem. Daleko…
Nim otworzyłem oczy, wrażenie pędu gwałtownie zahamowało. Stałem.
Byłem w jakimś zupełnie obcym miejscu.
Pokój?
Powoli zacząłem rozglądać się. Meble pływały, a ściany zdawały się oddychać. Wszystko pulsowało.
Wtedy zrozumiałem gdzie jestem. To był jej pokój. Mojej ukochanej. Byłem w pokoju swej ukochanej dziewczyny.
Spojrzałem. Spała samotnie w swym łóżeczku. Delikatnie oddychała. Włosy, niczym kwiaty rozłożone były po poduszce. Wyglądała niczym anioł.
Oniemiałem z zachwytu. Zapragnąłem ją pocałować. Zbliżyłem się. Spojrzałem na jej delikatną twarz. Jakże młodziutką. Różowe usteczka kusiły mnie. Schyliłem się do pocałunku…
Nie zdążyłem jednak dotknąć jej ust, gdy szarpnięciem w tył znów uniosłem się.
Pokój rozmazał się. Pędziłem, a obrazy w oczach… w oczach?
Pokój rozmazał się. Pędziłem, a obrazy w oczach… w oczach?
Pędziłem, a obrazy w mym umyśle, niczym film puszczony do tyłu, przesuwały się.
~
Cisza…
Słowa…echa…odgłosy…szlochy…śmiechy…
Twarze…ich…ich…ich…
Szum…cóż za dziwny szum…pomiędzy tymi dźwiękami… -Wiatr?
Powietrze z płuc!
Pulsujący dźwięk, jak bęben…głuchy bęben rytmicznie wybijający… -Zegar?
Serce!
Coraz szybciej…i szybciej…
Barwy przesuwające się po ścianach…
Tunel z linii…pleciony ze skręconych linii…
Ciepło…zimno…
Tak, to struny, gdyż dźwięczą barwami…
Jak struny…
Linie…długie linie – bez początku i końca…
~
Znów byłem w swoim pokoju. Poznałem.
Kątem oka zobaczyłem tego samego mężczyznę, który spał ze mną w moim łóżku. Jego też rozpoznałem.
To byłem ja.
Trzaski łamanych gałązek… Ten dźwięk był coraz bardziej nieznośny. Świst.
Padłem do łóżka, a właściwie to jakaś siła weń mnie wepchnęła.
Zjednoczyłem się ze swym ciałem.
Pustka… Ciemność… Sen…
Na dźwięk budzika poderwałem się. Zaspaną ręką nacisnąłem na przycisk. Oczami zwróciłem się w stronę okna.
Świtało.
I ta przeklęta myśl w głowie. Co mi się dziś śniło?
Nie pamiętam…

Meżadews Akszugor
/25-26. Wrzesień 2002 r./

`POCZTÓWKA`

Na pocztówce ujrzałem
postać-
zapragnąłem nią
być

myślami przeniosłem się
w dwuwymiarowy świat
na papierze

po drugiej stronie

byłem nią
czułem jak ona
przeżywałem to co ona

szarpnięcie

wyrwany z zadumy

zderzenie

rzeczywistość

-pocztówka wypadła
mi z dłoni…

Meżadews Akszugor
/08. Wrzesień 2002 r./

W KRAINIE KONAJĄCEGO SŁOŃCA

Pani Słońce coraz niżej wznosiła się nad ziemię. Coraz słabsze były też jej pocałunki promieniste. Powietrze oziębiło się budząc mgły z uśpienia. Te z kolei raz wyzwolone i ochłodzone podmuchami wiatrów, tańczyły z nimi lub zastygały w bezruchu, strasząc swymi kłębiastymi postaciami-stworami.
Drobna rosa pojawiła się na listkach drzew.
Zmarznięta kurczyła się, przyjmując postać maleńkich gwiazdeczek lodowych. Każda była inna.
Jednak promienie potrafiły je rozgrzać po długim pobycie Słońca na niebie, do tego stopnia, że te znów zamieniały się w maleńkie łezki, spływające powoli z liści.
Smutek za odchodzącym latem.

`ŚWIECA`

Czyjeś ręce wzięły zapałki ze stołu kuchennego. Wyjęły jedną z żółtego pudełka z napisem ZPZ Iskierka i jednym ruchem otarły główkę zapałki o siarkę. Zapałka krzyknęła radośnie i zapłonęła.
Nieopodal na stole stała świeca. Piękna, długa świeca, z niebieskiego wosku. Zupełnie nowa, z białym knotem.
Czyjeś ręce delikatnie przeniosły zapałkę nad świecę i zapaliły ją. Knot zaskwierczał i zajął się młodym płomyczkiem.
Rozpoczęło się życie.
W ciemnościach kuchni pojawił się płomyczek nadziei, płomyczek światła.
Czyjeś ręce wiedziały, że czynią dobrze i podnosząc zapałkę do uśmiechniętych ust, zdmuchnęły ją.
Płomień rozpoczął tymczasem swój taniec. Drgał, podskakiwał, pląsał. Zmieniał kolory swych płomiennych sukni, skwierczał radośnie, nucąc znaną tylko płomyczkom piosenkę.
Na ścianie kuchni pojawił się zazdrosny cień, który wypełzł z mroku za szafką. Cień skrzywił się z niesmakiem widząc radość w oczach ognika. Jednak to nie zniechęciło płomyczka. Tańczył nadal igrając z cieniem. Gonił go to po meblach, to po stole. Ciuciubabka lub taniec z widmem.
Z każdą chwilą radosnego tańca płomyczka, świecy ubywało. Piękna, młoda, smukła i jakże niebieska, powoli kurczyła się. Na jej twarzy pojawiły się pierwsze zmarszczki woskowe. Jednak radości płomyczka nie było końca, choć stonował swe żwawe pląsy. Płonął już znacznie spokojniej, zjadając kolejne centymetry z życia świecy.
Z każdą chwilą, wosk rzeźbił jej ciało.
Była coraz mniejsza, pomarszczona, pozalewana woskowymi łzami, jakby doświadczeniami problemów życia.
Jej życie zapisane było w godzinie światła.
Świeca zgarbiła się w pewnej chwili, a płomień zaskwierczał żałośnie. Pił już ostatnie łyki gorącego wosku.
Ogarek zaczął w niedługim czasie dogorywać. Płomień jej życia skurczył się, gdy ta ostatnim oddechem rozlała wosk po stole.
Czyjeś zwilżone palce przycisnęły płomień na knocie, który zawył z bólu. Śmierć pojawiła się w jego oczach, po czym wraz z dymem wyzionął duch. Skonał.
Zastygła też świeca. Wypaliła się…

Gdzieś daleko od tego miejsca umarła kobieta…
To była jej świeca, symbol życia.

Meżadews Akszugor
/21. Wrzesień 2002 r./

*dedykowano Solari*

Liber XXXVI

L.V.X.
N.O.X.

Pater et Mater unus deus
Ararita
Mater et Filia unus deus
Ararita
Filius et Filia unus deus
Ararita
Filia et Pater unus deus
Ararita

Ararita Ararita Ararita

Omnia in Duos: Duo in Unum: Unus in Nihil: Haec nec Quatuor nec Omnia nec Duo nec Unus nec Nihil Sunt,
Gloria Patri et Matri et Filio et Filiae et Spiritui Sancto externo et Spiritui Sancto interno ut erat est erit in saecula Saeculorum sex in uno per nomen Septem in uno Ararita.

L.V.X.
N.O.X.

`Kolejka`

Dziś krótkie opowiadanko..

`Kolejka`

Pewnego dnia szedłem sobie wąskim, czerwonym korytarzem. Nawet nie pamiętam dokąd, nie pamiętam w jakim celu, choć to wydaje mi się mało istotne, bym o tym musiał wspominać.
Otóż, gdy tak szedłem samotnie – dumając o życiu, bycie i śmierci – natknąłem się w pewnym momencie na kolejkę. Długą kolejkę złożoną z setek ludzi. Każdy stał na swoim miejscu, jeden za drugim. Na dodatek, wszyscy byli tak samo ubrani na biało jak ja. Cóż, w tym świecie jednakowych marynarek, jednakowych twarzy, masek, wszystko jest możliwe. Podszedłem na koniec kolejki, by zapytać się, po co i za czym tyle ludzi stoi.
- Przepraszam, za czym pan stoi – spytałem grzecznie.
- Hm.. wydaje mi się, że za tym panem przede mną – odpowiedział młodzieniec o rysach filozofa.
- Tak, to już zauważyłem, ale ta kolejka przecież stoi po coś – pytałem dalej.
- Panie, żebym to ja wiedział, za czym jest ta kolejka. Stoję tu od godziny dopiero i prawdę mówiąc nie wiem, po co, ale stoję – odpowiedział pan przede mną.
Stanąłem i ja. Nim się obejrzałem, już stała za mną grupka ludzi. Jakaś kobieta, potem dwóch starszych panów i znów jakiś młodzieniec. Kolejka skręciła i zniknęła za rogiem korytarza, z którego przyszedłem.
Kobietę widocznie nie interesowało, po co stoi, gdyż stanęła za mną i z miną stoicką czekała.
Wychyliłem się, by spojrzeć, gdzie jest przód kolejki. Tłumy. Czoła kolejki nie zobaczyłem. Ludzie, ludzie, ludzie.. Wszyscy jednakowo ubrani, choć twarze różne.
Staliśmy tak już dobrą godzinę. Robiło się coraz bardziej ciepło. Pan przede mną, co jakiś czas obracał się w moim kierunku i wymienialiśmy uśmiechy.
- Chyba nie ma odmiennych zapatrywań seksualnych? – pomyślałem.
Jednak nie zdążyłem długo nad tym się zastanawiać, gdy kolejka raptownie ruszyła przed siebie. Na złamanie karku. Chciałem zatrzymać się, by nie zostać stratowanym, ale gdzie tam. Ci, co stali za mną, tak parli do przodu, że zmuszony byłem i ja pędzić do przodu, przed siebie.
Gnaliśmy tak, że aż podłoga i ściany drżały. Ja goniłem tych przede mną, a ci, co byli z tyłu, gonili mnie. Istna karuzela.
- Jestem wśród obłąkanych – pomyślałem – i co do czorta podkusiło mnie, by stanąć w tej przeklętej kolejce?
Nagle cos szarpnęło mną. Poczułem, że już nie biegnę, a unoszę się. Frunę, czy też coś mnie wyrzuca w powietrze.
Korytarz z wąskiego przemienił się na bardziej obszerny, choć również utrzymany w czerwonych kolorach ścian.
- Kto wybierał tą farbę – myśli goniły jedna za drugą – cóż za bezguście.
Po niedługim czasie zauważyłem, że w gonitwie prześcignąłem młodzieńca, co stał przede mną, panią i wiele osób.
Biegłem dalej. Ci za mną… Czułem ich oddechy na swych plecach prawie.
Po drodze… Aha! Nie mówiłem, że znów korytarz się zwęził i jakby zrobiło się bardziej wilgotno i parno.
- Solarium? Stałem w kolejce do solarium?! – nie mogłem uwierzyć – nie! uff… i całe szczęście – odetchnąłem z ulgą.
No, więc po drodze ujrzałem coś, co mnie zdziwiło wielce.
Parę osób, chyba z tych, co biegli na samym przedzie leżało… martwych. Jeszcze dalej, niektóre osoby biły się między sobą.
- Cóż za piekło? O co tu chodzi? Kolejka po ostatnią czekoladę? – myślami bombardowałem swą głowę w czapce z pomponem. Oczywiście biała była ta czapka, tak jak i ich czapki.
W pewnym momencie ujrzałem to, do czego tak wszyscy biegli, gnali i zabijali się.
Olbrzymia kula wyrosła przede mną.
Wokół pełno trupów. Tam się ktoś jeszcze ruszał, ktoś jęczał, prosił o pomoc. Biegłem dalej, a reszta za mną. Kula rosła w oczach.
- Do stu pomponów – zakląłem pod nosem – jeśli jej nie wyminę w swej gonitwie, to rozbiję się o nią jak nic. A jeśli zwolnię, zadepczą mnie ci z tyłu!
- Nie ma mowy! – krzyknąłem i zderzyłem się z wielka kulą.
I tu stała się rzecz przedziwna.
Wpadłem w nią… Roztopiłem się… Zjednoczyłem… Zapłodniłem…
Nie umarłem. Dałem życie!

…i wtedy zrozumiałem – byłem plemnikiem.

Meżadews Akszugor
/18 Wrzesień 2002 r./

`KRUK AKSZUGOR`

Ponad Śmiercią
ponad Bogiem
ponad Cieniem

Unoszę Ducha

Ponad Złem
ponad Dobrem
ponad Rzeczywistością

Mój Oddech

Wznieś Oczy
gdy poczujesz Cień
na swej Twarzy

może dostrzeżesz
mnie

Wznieś Oczy
gdy Usłyszysz mój Śpiew
w swych Uszach

może dostrzeżesz
mnie

-zawołaj
a przyfrunę

i usiądę ci na ramieniu
tak delikatnie
jak spadający
Jesienny Liść

Meżadews Akszugor
/08. Wrzesień 2002 r./

*wierszydło pochodzi z najnowszego zbioru, który będzie nosił tytuł „Oko kruka”*

`UWIELBIENIE`

O niewiasto
co kształtami zachwycasz mnie
co swym wzrokiem onieśmielasz

pozwól bym mógł choć raz
choć raz Cię dotknąć
i wąchać Twój zapach
Twą woń
co rozpala moje myśli
co nie pozwala zasnąć
co powoduje
że pragnę Cię
pożądam
i wielbię

wielbię ponad wszystko-

..bo ja wielbię Cię wielbić
o, Pani…

Meżadews Akszugor
/08. Wrzesień 2002 r./

*dedykowane wspaniałej Przyjaciółce – Thordis*