`POEZYJA`

Linijka wiersza
linijka słów
linijka barw
linijka cyfr
linijka uczuć
linijka obrazów
linijka interpunkcji
linijka pusta

..i data na końcu.

Akszugor
/26-27. Październik 2002 r./

`ESC`

puste centrum
miasta
gdy unosisz się
wśród krzyku

drgająca krtań
i pulsujące skronie
-oczy błądzące
..to nie gwiazd blaski

neony, szyby
beton
zagubienie ulic

spirale, ścieżki
oporniki, kondensatory
procesor
-wędrujesz jak impuls

dzień, noc-
zapis
na ścieżce dysku,
jak każde 24 godziny

wydruk grzechów,
sąd ostateczny
i bóg siedzący
przed klawiaturą

Meżadews Akszugor
/10. Październik 2002 r./

`DYM`

Halo wokół pulsujących barwnych
Absurdalnie wykrzywionych twarzy
Solipsyzm rosnący wraz
Z płynnym unoszeniem się ponad ciało
Via Lactea
Supersoniczna podróż w głąb myśli
Z czasem i poza czasem

Akszugor
/26. Październik 2002 r./

`LUSTRZANEWIDZIADŁA`

Wlustrzewidzęciała
wlustrzewidzękrew

wlustrzezakrzywiającym
wlustrzezniekształcającym

chodźidotknijtejpłaszczyzny
chodźipoczujjejzimnysmak

wilgoćzespalającasięzeszronem
nienawistnychust

grymaswydętychwarg

nienawiśćispełnienie
zarazem

ulgawolnychjąder

ikroplespermyspływające
pospękaniachstłuczonegolustra

Akszugor
/25. Październik 2002 r./

P.S. Dziś wyjazd na koncert COIL do Gdańska… :-)
Bzzzz… Wzzz…..
:-]

`GWIAZDY`

Kobieta i Mężczyzna zespoleni w swym związku mają prawo być Bogiem, tak jak Bogiem ma prawo oddzielnie być każda Kobieta i każdy Mężczyzna. Razem i z osobna są Gwiazdą.
Jeśli Siła, która stworzyła ten świat i tchnęła weń swój Oddech Mądrości, Miłości i Życia – przenika każdą Cząsteczkę tego, co stworzyła to Siła ta wie, że jest to dobre. Siła ta nie ma materialnego imienia. Nazwijmy ją więc ‚Bogiem’.
Jeśli każdy Atom mego Ciała przenika Siła ‚Boga’, to czcząc każdy Atom swego Ciała, czczę siebie, czczę ‚Boga’.
Wielbię ‚Boga’ i wielbię siebie. Wielbię siebie jak twór dążący do Doskonałości, do Ducha ‚Boga’. Czynię tak podług swej Woli, która przesiąknięta jest Miłością i Mądrością, czynię tak i nikt nie powie mi nie.
‚Bóg’, wiedząc co dobre, pozwala mi stawać się większym w swej Doskonałości, w swej Drodze do Gwiazd, bo wie, że Droga ta jest ku niemu. Umysł z Umysłu, Ciało z Woli. Czyniąc Wolę, doskonalę Umysł. Doskonaląc Umysł wspinam się ku prawdziwej Miłości, ku Rozkoszy Gwieździstej. Czynię tak z Woli ‚Boga’, która jest moją Wolą. Staję się częścią ‚Boga’, jego Umysłu.
Kończy się Misja, kończy się Nauka – czas Zespolenia, czas Zjednoczenia w Ekstazie.
Zaprzecz o wędrowcze po trzykroć temu, a prawdą się to stanie.

`DŹWIĘKI…`

Dźwięki z Oddali,
Dźwięki z Głębi,
Dźwięki z Otchłani
Kształtujące Ciszę,
Głaszczą swym Echem
Długie Włosy Nocy
i Trwają w Zadumie-
do rana…

i Krążą po Uszach,
i Fruną we Śnie,
aż Oczy Otworzę
i Wzrokiem Złapię je…

i Widzę jak Fruną,
i Widzę jak Lecą
Wysoko, Daleko,
wśród Gwiazd…

i są już tak blisko,
i są już przy Mnie-
u Mych Stóp padają
składając Czarne Skrzydła,
gdy Świta,
gdy Słońce przez nie przenika…

Akszugor
/23. Czerwiec 1995 r./

`ŁAPANKA`

Łapanka. To słowo słyszałem od małego. Jak się tylko urodziłem, słyszałem o złych ludziach, o fabrykach śmierci, o masowych mordach, wywózkach.
Dopóki mnie to nie dotyczyło i byłem mały, nie interesowałem się tym zbytnio. Ale jak podrosłem, dojrzałem, sprawy nabrały innych rozmiarów, stały się problemem, którego nie mogłem już lekceważyć.
I pewnej nocy stało się – wśród krzyków wielu gardeł, wśród płaczu, biegania, rozpaczy i ja wpadłem w sidła słowa „łapanka”.
Aresztowano mnie jak setki innych osób. Ludzie w jednakowych mundurach biegając, bijąc, załadowali nas na samochody. Ściśnięty do granic możliwości znalazłem się koło zakratowanego gęstą siatką okna. Wszyscy panikowali. Miotali się, płakali. Niektórzy nie zdawali sobie sprawy, inni coś przeczuwali.
Ja wiedziałem, co to był za samochód, gdzie jedziemy i co nas czeka. Los nas wszystkich był już przesądzony. Śmierć.
Jechaliśmy długo, a ponieważ łapanka była późno w nocy, wszyscy po krótkim czasie padli ze zmęczenia. Jedni od wrażeń, inni od ścisku i bicia. Spali, drzemali.
Ja czuwałem patrząc na przesuwający się krajobraz. Lasy, pola.. Światła domów w oddali.. Tam mieszkali ci lepsi, nadludzie. Stworzenia, których słowo „łapanka” nie dotyczyło.
Mimo monotonii krajobrazu, przyglądałem się mu się z ciekawością, pijąc jego obrazy, jakbym je widział wciąż na nowo. Od czasu do czasu i w mym umyśle pojawiała się myśl, że może to tylko wywózka, jednak słowa matki nie dawały mi spokoju, zagłuszając pozytywne myśli. Przecież mój ojciec też tak zginął. Została po nim tylko pamięć i wspomnienia. Scenariusz był zawsze ten sam. Łapanka. Samochód z kratami. Wywózka. Fabryka śmierci.
Świtało już, gdy rozmyślałem o naszym domu, o przyjaciołach, o polach, łąkach. Zabawy, kłótnie i problemy dnia codziennego widziałem jak film.
Nad ranem wjechaliśmy do dużego miasta. Niektórzy w samochodzie już się obudzili. Płakali, krzyczeli, gdy zobaczyli, że samochód przemierza zatłoczone ulice miasta. Za oknem ludzie, normalni ludzie. Normalni? Nie wrażliwi na nasz ból, nie interesujący się naszym losem, śmiercią…
Krzyczeliśmy ile sił zostało w płucach o wodę, o pomoc. Bez odzewu. Ludzie na ulicy przechodzili, spieszyli się gdzieś, żyli własnym życiem. Byliśmy skazani i przez nich i przez oprawców w jednakowych mundurach. Kilka przecznic i znów byliśmy za miastem. Jednak po przejechaniu kilku minut przez las okalający miasto wjechaliśmy na otwartą przestrzeń. Wtedy to w nasze nosy uderzył smród. Odór nie do wytrzymania. Przypominał palone ciała, kości czy sierść. A może pióra. Potężny dym unosił się z kominów. Wjechaliśmy przez bramę. Wszędzie potężne ogrodzenia, drut kolczasty i reflektory. Przy wjeździe mignął mi też jakiś szyld czy też napis nad bramą, ale nie zapamiętałem. Dojechaliśmy.
Na zewnątrz czekali już ludzie w jednakowych mundurach, Niektórzy byli z psami.
Wśród krzyków, bicia, płaczu i lamentu wypędzili nas z wozów. Wtedy to też okazało się ile z nas nie przeżyło męczarni jazdy. Związali nas i kazali leżeć z twarzą do ziemi. Leżeliśmy tak przez długi czas. W błocie. Czekaliśmy na swoją kolej.
Z hali zakładu śmierci, co jakiś czas dobiegał potężny krzyk. Krzyk śmierci.
Gdy tak leżeliśmy, jeden z tych, co leżeli bliżej hali powiedział, że nie wszystko spalają, z niektórych resztek robią różne produkty, na przykład mydło czy wypełnienie do poduszek i kołder. Zimny pot mnie oblał.
Resztek? Wartościowe resztki? Mamy być mydłem? Poduszkami?
Nie dokończyliśmy rozmowy, bo poderwano nas i za chwilę wisieliśmy do góry nogami przymocowani do wolno sunącej machiny-taśmy. Zdążyłem usłyszeć tylko śmiech oprawców i słowo „łaźnia”.
Chyba nie będzie tak źle, skoro nas chcą umyć. Może jednak przeżyję?
Wjechaliśmy do hali. Wszyscy wisieli do góry nogami. Krew uderzała nam już w głowę i ta bezsilność… Wisieliśmy jak ofiary na rzeź. Tak, byliśmy ofiarami skazanymi na rzeź.
Łaźnia okazała się czymś potwornym! Każdego maczali w wodzie pod prądem. Chwila i… trup. Chwila i.. trup.
Jednak nie każdemu prąd i chwilowe zamoczenie skracało życie. U większości powodowało raczej odrętwienie lub ogłuszenie. Mnie też ogłuszyło.
Wiedziałem już, co nas czekało. Wciąż wiezieni przez taśmę, wisząc za nogi, zbliżaliśmy się do wielkiego noża w kształcie litery V.
Victory. Może to i zwycięstwo, ale czyje?
Spotkanie z takim nożem groziło tylko jednym. Śmiercią. Utratą głowy. Utratą życia.
Kto się zdążył uchylić, unieść resztkami sił i nie stracił życia na ostrzu, tego ściągali oprawcy i bili, do śmierci. Potem nożami odcinali głowę. Czy żył czy też był martwy – odcinali.
Jechaliśmy powoli, więc mogłem to zauważyć, zapamiętać. Tylko po co? Dla kogo?
Przecież ja za chwilę będę również zimnym trupem!
Zamknąłem oczy. Nóż był już blisko…

Urodziłem się indykiem. Wychowałem jak indyk. Zginąłem jak indyk.
Trup.
Dla was, za was…
Trup.
Za ciebie… dla Ciebie.
Smacznego!

Meżadews Akszugor
/11-13 Październik 2002 r./

`STOJĘ PRZY TWOIM GROBIE`

Stoję przy Twoim Grobie
i Myślę,
i Wspominam,
i Widzę Ciebie
jak Mnie dotykasz.

Wszystkie Twoje rzeczy
przesiąknięte Tobą,
i meble na których siedziałaś,
i naczynia z których jadłaś…

I Widzę Twój uśmiech,
i Widzę Twój Gniew,
Widzę jak Płaczesz
i jak tulisz się w Moje ramiona.

To było tak niedawno,
a zarazem tak dawno-
już Wieki temu,
Tysiące Lat,
których Nikt Nie Pamięta,
których Nikt Nie Chce Spamiętać…!

Stoję przy Twoim Grobie
z pękiem Niewinnych, Czerwonych Róż
i kładę je na wilgotnej ziemi,
i Wiem, że Zapomnienie
Przykryje je piaskiem,
i Rozsypie w Proch
Tysięcy Lat.

I Pamiętam…
i Zapominam…

Chcę sobie jeszcze przypomnieć
-Nie Mogę.
To było tak Dawno
-Pustka i Nicość.

Stoję przy Twoim Grobie
i Myślę
-teraz o sobie,
ja też niedługo pewnie Odejdę
i kto wtedy stanie nad Mym Grobem,
i Wspomni,
i Przypomni…
-to co i tak inni Zapomną..?

Odchodzę od Grobu,
Pogrążony w Wieczystym Smutku
i Bólu-
drgającym jak Łzy na Policzku…

Meżadews Akszugor
/24 Listopad 1994 r./

`CENTRUM`

Nici świateł w oku
blask neonów

samotny wśród ludzi
samotny w tłumie

śpiew ulicznego grajka
uśmiech prostytutki

samotny wśród ludzi
samotny o zmroku

pijany bezdomny
i kobieta grzebiąca w śmietniku

samotny wśród ludzi
samotny na ulicy

zimne mury domów
zimne oczy okien

zapamiętale liczą twarze
wsłuchują się w głosy

pamięć pokojowych ścian
myśli korytarzy

samotny wśród ludzi
samotny w kościele

…dokąd biegniesz banknocie?

samotny wśród..
samotny w..

..a serca pragną miłości
..a ciała pragną ciepła

-dotknij mnie, jeśli jesteś żywa…

Meżadews Akszugor
/10. Październik 2002 r./