P A J A C Y K

Był ciepły poranek. Słońce było na tyle wysoko, że swymi promyczkami ogrzewało już większość leśnej polanki. Radosne smugi bawiły się w najlepsze z zimnym cieniem, który chował się pod różnymi listkami, gałązkami czy konarami starych dębów. Ciuciubabka bez końca. Jednakże to, co dla słońca było wesołą igraszką, cieniowi sprawiało ból i cierpienie. Uciekając wciąż popiskiwał cichuteńko i płakał. Jego łezki znaleźć można było i na liściach i na trawie w postaci porannej rosy. Jednak po długiej ucieczce udało mu się tak ukryć, że słońce nie tylko nie potrafiło go odnaleźć, ale nawet, gdyby już wytropiło, to nic by nie wskórało. Cień schował się bowiem w głębokiej dziupli starego dębu.
Wąż sunął na swych sześciu mosiężnych kończynach. Wędrował tak od dłuższego czasu, być może i bez celu, jednak jeśli celem był bez-cel, to w końcu był to jakiś cel.
Zatrzymał się na niewielkiej polance, spojrzał przed siebie i puścił bańkę nosem. Wielobarwna kuleczka szybko urosła, mieniąc się w słońcu, zakręciła kilkakrotnie, po czym pękła z wyraźnym „pyk”. Wąż przez chwilę przyglądał się jej z ciekawością, po czym zamyślił się.
Z daleka dobiegał wesoły śpiew. Zaraz za głosem pojawił się pajacyk, który podskakiwał i wesoło wymachiwał łapkami. Gdy był już w zasięgu wzroku, wąż wyrwał się z zamyślenia, po czym puścił nosem kolejną bańkę.
Pajacyk zbliżył się i chciał jej dosięgnąć. Niestety nie złapał jej, gdyż ograniczały go sznureczki, które miał przymocowane do wszystkich części ciała i dzięki którym mógł się poruszać.
-Czemu puszczasz bańki nosem? – spytał węża z uśmiechem.
-Bańki..? – zdziwił się wąż – To nie ssą bańki tylko wielobarwne moje myśli. Zawsze się tak unoszą, gdy ssobie rozmyślam.
-Mhm.. – mruknął pod nosem pajacyk – a o czym tak rozmyślasz?
-O wielu rzeczach.. – odparł wąż podpierając swoją główkę o jedną z łapek – osstatnio rozmyślam o sskrzydłach…
-Czyżbyś chciał pofrunąć pod chmury?! – zawołał pajacyk machając rączkami jak skrzydłami.
-O tak.. – uśmiechnął się wąż patrząc daleko w dal zamyślonym wzrokiem – chciałbym mieć sskrzydła, by móc fruwać pod chmury i być wolnym jak ptak. Czołganie się po ziemi już mi zbrzydło.
-A czy teraz nie jesteś wolnym? – zdziwił się pajacyk siadając na kamieniu, niedaleko węża.
-W pewnym ssensie jestem wolnym, mogę robić to co chcę, ale chciałbym latać i tych marzeń nikt mi nie zabierze – powiedział wąż spoglądając przenikliwie na pajacyka.
-Ha! – krzyknął pajacyk – ja też jestem wolnym i też robię co mi się podoba, tylko przykro mi, że ja nie chcę mieć skrzydełek – zasmucił się podpierając swą główkę obiema rękoma, których łokcie oparł na kolanach.
-Co ty mówisz – oburzył się wąż – przecież ty nie jessteś wcale wolny!
-Jak.. jak.. jak to – wyjąkał pajacyk blednąc w jednej chwili
-A tak to – syknął wąż – ja jesstem wolny, taki się urodziłem w kociołku sstarej wiedźmy Ple-Ple, ale ty jessteś zniewolony – powiedział wąż, a widząc wielkie zdziwienie pajacyka, któremu aż łzy stanęły w oczach, dodał miękkim już głosem – ty, mój drogi, jessteś kukiełką na sznurkach i poruszasz się tak, jak ci ktoś każe, a nie tak, jak ty chcesz. Taka to jesst różnica, że jedni ssą wolni, a inni zniewoleni.
-Jestem kukiełka.. – pajacyk był już bliski płaczu.
-Tak, jessteś marionetką na sznureczkach, które pociąga za ciebie ktoś u góry – potwierdził wąż.
-Bóg? – zapytał się pajacyk.
-Bóg.. możesz go nawet nazywać Czerwonym Muchomorem, czy jak tam chcesz. Fakt pozosstaje faktem – nie jessteś wolny, nie masz sswej woli – powiedział wąż i znów zamyślił się przyglądając pajacykowi.
Pajacyk otarł łezki, które były już bliskie do wylania się z jego małych oczu. Podrapał się w głowę po czym zaczął obserwować kolejne bańki wielobarwne unoszące się z wężowego nosa.
Pyk, pyk, pyk… liczył je.
Gdy pękła już dwudziesta trzecia mydlana kuleczka, pajacyk poderwał się.
-Wiem, wiem co miałem ci powiedzieć wężu – zawołał tak głośno, że nie dość iż wyrwał węża z zadumy, to jeszcze nieźle przestraszył – miałem powiedzieć, iż mam swą wolę. Moja wola to być wolnym pajacykiem.
-Ho, ho, ho.. – mruknął wąż – a jak ty chcesz być wolny? Przecież ograniczają cię dziesiątki nitek poruszających ciebie…
-Coś wymyślimy.. – pisnął pajacyk – razem coś wymyślimy.
Jego uśmiech radosny był tak szczery, że wąż pomimo swej powagi i skupienia też się uśmiechnął.
Dopiero wtedy dało się zauważyć, iż wąż posiadał tylko jeden ząb jadowy, przez co nie tylko wyglądał komicznie, gdy się uśmiechał, ale i seplenił sycząc.
-Chęci to nic. Chęci to nic. -cedził słowa wąż – Wola mussi być. Wola czyssta i pozbawiona złudzeń.
-A czy to – burknął pajacyk – że zrozumiałem swe zniewolenie, postanowiłem i chcę być samodzielnym pajacykiem, nie jest wyrazem woli?
-Możliwe, możliwe.. – kolejna wielobarwna kuleczka pękła nad nosem węża z filozoficznym „pyk”.
Tylko jak się uwolnić? Jak się pozbyć tych sznurków..? – zastanawiał się głośno pajacyk, drapiąc po swej czuprynie.
-Trzeba się ich pozbyć, trzeba je odrzucić – mruknął wąż wystawiając swą główkę do słońca.
-Jak mam odrzucić coś, co stanowi mnie, co jest ze mną związane od urodzenia i co jest cząstką mnie.. – głośno rozmyślał pajacyk spoglądając na sznureczki od rąk – one wciąż są, nawet jak zamykam oczy, nawet jak myślę, że ich już nie ma.. one są.
-A więc trzeba je uciąć – syknął wąż – przeciąć pęta zniewolenia, pozbyć się tego grzechu, któremu na imię „nitka ograniczenia”
-Masz nóż? – spytał z nadzieją w głosie pajacyk.
-Mam, ale nie wiem, czy to jesst najlepszy pomyssł – syknął wąż sięgając do kieszeni przy piątej nóżce i wyciągając składany nożyk.
-To dobry pomysł – uśmiechnął się pajacyk – przetniesz mi wszystkie sznurki i uwolnisz mnie. Będę wreszcie wolnym pajacykiem.
-Nie wiem, może sspróbujmy na razie z jednym sznurkiem – wąż był jak zawsze ostrożny.
-Dobrze! – podskoczył radośnie pajacyk – spróbujmy z jednym sznurkiem. Tym od lewej dłoni, a jeśli się uda, obiecaj, że przetniesz mi resztę – zapytał z uśmiechem.
-Obiecuję – mruknął wąż – choć nie ukrywam obaw.
-Nic się nie stanie wężu drogi – pajacyk pogłaskał węża po jego główce – spójrz na siebie, nie masz nitek i żyjesz. Żyjesz szczęśliwy. Wolny.
-Tak, z tą tylko różnicą, że ja tak mam od urodzenia – powiedział wąż oglądając nóż.
-Aa tto nnie bbędzie bbolało? – zająkał się pajacyk, gdy ostrze noża błysnęło w słońcu.
-Nie wiem – rzekł wąż – nigdy czegoś takiego nie robiłem. Jesteś moim pierwszym pajacykiem.
-Obym tylko nie był ostatnim – uśmiechnął się blado pajacyk siadając znów na kamieniu.
-To może chcesz łyk tego napoju na usspokojenie? – spytał wąż podając buteleczkę z brązowym wywarem.
-Jeśli tylko pomoże na mój strach i ukoi ból – pajacyk wziął butelkę do łapki.
-Nie rozumiem – syknął wąż zdziwiony – boisz się i pokazujesz wolę niezależności? Chcesz być wolnym. Wolnym bez bólu..?
-Tak – krótko uciął pajacyk, po czym wychylił dużego łyka.
Potężne drgawki wstrząsnęły jego ciałem i to tak mocno, że aż spadł z kamienia. Wąż nie czekając ani chwili przeciął nożem sznurek podtrzymujący pajacykową lewą łapkę. Nitka pękła z wyraźnym „bzdręk”, po czym poszybowała wysoko w górę, by po sekundzie zniknąć daleko w chmurach.
-Jupii..! – pisnął pajacyk radośnie – jestem wolny!
Po czym machnął łapką w górę. Ta uniosła się wysoko nad głowę, po czym bezwładnie opadła i zawisła lekko bujając się. W jednej chwili pajacykowa radość przemieniła się w przerażenie.
-Umieram..- krzyczał – umieram! Nie czuję ręki, straciłem rękę! O, ja biedny! – biegał wciąż w koło węża popłakując.
Wąż niczym się nie przejmując spokojnym wzrokiem przyglądał się pajacykowi.
-Zabiłeś mnie, podstępny wężu, zabiłeś mnie.. – przez łzy wykrztusił i upadł potykając się o wystający korzeń.
Eliksir zaczął działać. Bezwładne ciało zesztywniało, niczym wielka kłoda drewna. Wąż powoli odciął pozostałe nitki podtrzymujące wszystkie części pajacykowego ciała. Gdy miał przeciąć ostatnią nić, która wychodziła z szyi z tyłu głowy, zawahał się.
-No, przyjacielu, albo cię uzdrowię, albo zabiję.. wybacz – szepnął, po czym przeciął ostatnią nitkę, która tak jak i pozostałe pękła z wyraźnym „bzdręk” i znikła wysoko w chmurach.
Mijały godziny, a pajacyk leżał na ziemi śpiąc z na pół otwartymi oczami. Wąż w tym czasie czuwał nad nim, osłaniając przed palącym słońcem i odganiając wścibskie muchy.
Gdy zapadł zmierzch, wąż okrył ciało pajacyka ciepłym kocem, po czym sam zwinął się w kłębek i zasnął. Spał czujnie. Każdy szmer natychmiast go podrywał gotowego by bronić pajacyka przed niebezpieczeństwem.
W tym samym czasie cień wyjrzał z dziupli i rozejrzał się dookoła. Słonecznych promieni już nie było. radość rozświetliła usta cieniste. Powoli wygramolił się z dziupli i miękko stanął na mchu. Jego oczy przykuł dziwny widok. Z oddali zbliżała się mgła, ale taka, która posiadała oczy. Cień przyglądał się jej przez chwilkę, po czym odwrócił się i ruszył w owiany zimną nocą las.
Mgła sunęła powoli, delikatnie stąpając. Jej oczy szukały. Choć z daleka widziały cel, to jednak nie były pewne. Rozglądały się badawczo zapamiętując mijane wszystkie fragmenty. Opary skradały się przyjmując coraz to dziwaczniejsze kształty. Były już blisko.
Przed mgłą sunął jej sługa – chłód. Jego zadanie było proste. Miał zmrozić ciepłe i miłością wypełnione powietrze. Zadanie wykonywał należycie i z oddaniem, w przeciwnym wypadku czekała go śmierć. Zarówno jego, jak i jego pani.
Opary mgły podzieliły się. Stały się trzema postaciami, każda o trzech twarzach oraz jedną postacią bez twarzy. Wąż skulił się czując zimne oddechy na sobie. Ciało pajacyka zesztywniało. Umarł.
Mgliste postacie pochyliły się nad pajacykiem. wszystkie dziewięć kolejno rozbłyskiwały inną barwą świetlną. Ostatnia, dziesiąta wiała czarnym mrozem. Była trupiobladą śmiercią. Otchłanią bez nazwy i uczuć. Bez końca.
Podczas, gdy ciało pajacyka leżało zmrożone na ziemi, jego dusza unosiła się w niewielkiej odległości ponad nim. Dziesiąta z demonicznych postaci otworzyła swe upiorne usta. Powoli zaczynała połykać duszę pajacyka. Zasysała ją niczym świeże powietrze.
Przeraźliwy świst dał się słyszeć. Krzyk setek piór będących potężnymi skrzydłami. Mgliste postacie czmychnęły rozwiane nagłym, potężnym podmuchem skrzydeł wielkiego ptaszyska. Ostatnia z postaci walczyła z napierającym powietrzem. Jednak nie dane jej było wygrać. Nie zdążyła wchłonąć pajacykowej duszyczki i przegrana uciekła wyjąc złowieszczo. Ów pisk zbudził węża, który ujrzał nad sobą kontury olbrzymiego kruka.
Wąż poderwał się na równe nogi i w jednej chwili gotowy był do ataku. Jednak, gdy wzrok węża napotkał spojrzenie kruka, jakiś wewnętrzny głos powiedział mu, że ptaszysko, choć wielkie i groźnie wyglądające, nie ma złych zamiarów. Uspokoiło to węża.
Ptak siedział na wielkim pniu i był tak długo, aż mgła nie rozpuściła się ostatecznie, a powietrze nie nabrało ciepłego smaku. Wtedy poderwał się i bez słowa odleciał znikając na tle szarego nieba.
Świtało.
Następnego dnia wąż wylegiwał się w słońcu niedaleko miejsca, gdzie spoczywało ciało pajacyka, skryte cieniem liści paproci.
Wąż rozmyślał nad nieskończonością i nieskończenie wiele wypuszczał również nosem baniek filozoficznych. Cyfry pojawiały się mu przed oczami, grupowały i przeobrażały w kształty i obrazy. Wizualizacji nie było końca i trwała ona cały dzień. Od rana aż do zmierzchu.
Pogrążony w medytacji wąż nie odczuwał głodu. Jedynym uczuciem był impuls, który wędrował po całym ciele. Przyjemny prąd, trudny do określenia, ale jakże zmysłowy i pobudzający do działania.
Gdy słońce już zachodziło, wąż podreptał na swych mosiężnych nóżkach w kierunku paproci. Gdy był już na miejscu, szczelnie okrył pajacykowe ciało i uśmiechnął się.
Wyjął z piątej kieszonki niewielką fiolkę z płynem o złotej barwie. Płyn miał konsystencję olejku. Wąż namaścił najpierw siedem punktów na swym ciele. Punktów, które wskazał mu za dnia impuls wędrujący po jego wnętrzu. Te same punkty naznaczył na ciele pajacyka. gdy to uczynił, pokłonił się na cztery strony świata zaczynając od wschodu, a kończąc na zachodzie. Pokłon wykonywał tak, jak nauczył ojciec-wąż. Jedna z łapek lewych położona była na brzuchu, w miejscu gdzie mieścił się wężowy żołądek, a druga, jedna z łapek prawych, położona była w miejscu, gdzie dało się wyczuć bit serca.
Gdy tak się kłaniał dziwny syk wydobywał się z jego ust. Zaklęcia. Stare słowa przekazywane z ojca na syna. Być może wiele z nich było już mocno przekręconych w swoim znaczeniu, lecz ich moc polegała na intonacji syku i sile myśli, dla których były wypowiadane. Moc zlała się w jedno.
Gdy rytuał dobiegł końca, wąż odprężony ułożył się do snu.
Trzecią noc pajacyk leżał na ziemi nie dając znaku życia. Co noc historia z mgłą powtarzała się i co wieczór makabryczna postać pożerała ducha pajacyka. Z każdą nocą udawało jej się pożreć więcej niż poprzedniej, lecz zawsze w porę przylatywał kruk, który przeganiał złe cienie i ratował kukiełkę przed unicestwieniem w otchłani.
Jednak trzeciej nocy kruk nie pojawił się. Mara bez twarzy pożarła całą kukiełkową duszyczkę. Pajacyk przeszedł prze otchłań. Zniknął dla żywych. Zniknął dla umarłych.
Zadowolona mgła wykrzywiła się upiornie w uśmiechu. Już miała się rozproszyć w nicość, gdy nagle zaczęła błyszczeć, jaśnieć i migotać. Opary poczęły przemieniać się w drobniusieńkie kropelki, które srebrząc się w księżycowym świetle powoli opadały na ciało kukiełki. Jednak będąc już nad samym ciałem nie spadły, a tylko gromadziły się, tworząc lustrzane odbicie postaci leżącej na mchu. Gdy były już pełną osobą, powoli zsunęły się i delikatnie zapadły w ciało.
Pajacyk drgnął. Jego drewniane ciało zatrzeszczało.
Wąż zbudzony poderwał się. Z niedowierzaniem patrzył na pajacyka. Kukiełka oddychała!
Aż do świtu wąż nie zmrużył oczu, wciąż wpatrując się w pajacykowe ciało, jakby oczekując kolejnego znaku życia. Jednak takowego nie było. Równy, miarowy oddech i nic poza tym.
Gdy już świtało, wąż usnął. Potężny błysk rozświetlił niebo. Cień zawył z przerażenia i w panice uciekał szukając schronienia. Biegł przez polanę tak szybko, że aż zgubił oba kapcie.
Wstało słońce, powoli, dostojnie rozświetlając swymi promieniami wszystkie zakątki lasu. Gdy promienie swym złotem przykryły liście paproci, coś pod nimi się poruszyło.
Chłopiec wygramolił się spod liści i otrzepał z resztek mchu.
Rozejrzał się dookoła. Świeża zieleń cieszyła oczy. Błękit nieba i śpiewy ptaków napełniały serce miłością.
Jego wzrok padł na dziwne stworzenie śpiące nieopodal.
-Dzień dobry! – krzyknął chłopiec uśmiechając się promieniście.
-Ciszszszej.. – syknął obolały wąż, który walczył z opadającymi powiekami – ciszszszej, bo go obudzisz.
-Kogo? – spytał chłopiec.
-Pajacyka, który śpi tam w paprociach – syknął wąż i zastygł w zdumieniu.
Kilka baniek pofrunęło w niebo, gdy wąż stał wpatrując się to na rozgarnięte liście, to na chłopca.
-Niessamowite, doprawdy.. niessamowite, mój drogi pajacyku – spojrzał chłopcu prosto w oczy.
-Pajacyku? Więc to nie sen? Więc to się działo na prawdę! – dziwił się chłopiec zaglądając w swą pamięć.
-Oj, tak.. wiele rzeczy dzieje się na prawdę, tylko czassem nie chcemy tej prawdy dosstrzec. Dosstrzec lub w nią uwierzyć – mruknął wąż.
-A więc spełniło się moje marzenie. Jestem wolny! – cieszył się chłopiec – Jupii..! Jestem sobą!
-O tak, sskoro tak głośno krzyczysz, to z pewnością jessteś ssobą – ziewnął wąż – ale pozwól mi się trochę przesspać, bo noc miałem ciężką.
-Oczywiście! To ja biegnę w las – zamachał radośnie rękoma chłopiec – Musze pobiegać i nacieszyć się wolnością!
-Tak, wolnością.. – szepnął wąż i zasnął.

Akszugor
/07. Marzec – 23. Kwiecień 2003 r./

„…nie masz innego prawa poza czynieniem swej Woli.
Rób tak, a nikt ci nie powie nie” – AL I:42-43

`TRZTRY`

Galerie kształtów
tworzonych z myśli
półprzeźroczyste
nasycone oddechem
skraplającym się
na szkle

Wielobarwne pióra
z wiatrem grają
serenadę
ciepłego wieczora
który bucha
żarem erotyki

Postacie zstępują
w swe wymyślone ciała
jak rumaki dosiadają
by władać nimi
by spożyć je
zetrzeć w proch

Przesłanie z świetlistych punktów
ukradzione
i podarowane
lecz i tak nikt nie chce słuchać
śpiewów ptasich
które wyklęte są

Dziś postacią jesteś ze skóry
wczoraj drewnem trzeszczałeś
choć myśl ta sama
rosą szkliła twój duch
w pragnieniu wolności
lotu

Popadłeś dobrowolnie
w niewolę
by doskonalić się w imię
lecz tęsknota jest silniejsza
niż senne marzenia
bo tam jesteś wolny
więc na co czekasz?

unieś się

nim oko przemyje
łzą swą powierzchnię
ty ulecisz
wyzwolony
jak iskra błyśniesz
spalając się w jeziorze

wszystkowiedzącaplamaukrytadlaźrenic

/28. Marzec 2003 r./

`***`

Ciało pulsowało
wszystkimi komórkami
gdy dreszcz
niczym wąż
ślizgał się wilgocią
wzdłuż

Tysiące drobniuteńkich
włosków
podnosiło się
i opadało
raz za razem
niczym trzciny na wietrze

Gorąc buchał
wszystkimi porami
gdy kropelki potu
spływały
sunąc powoli
w dół

Zakręcały, wiły się
łączyły i dzieliły
-sunęły do przodu
by połączyć się
wreszcie
z wilgocią jej futerka

- „umierała” w rozkoszy…

/11-12. Marzec 2003 r./

`Linia`

unosił się
i opadał
unosił się
i opadał
unosił się
i opadał

w górę
w dół
znów w górę
znów w dół

zamarł
stał się linią

-puls-

/17. Luty 2003 r./

..i Słoneczko zaświeciło :-)

Śnieg,
deszcz,
śnieg+deszcz,
śnieg,
deszcz,
słońce,
śnieg+deszcz+słońce
hmm…
=kwiecień :-)

dobrze że mam lizaka w kształcie jeżyka,
to tak dla osłody życia i tych błotnych
ulotnych chwil :-P

a tak swoją drogą szedł ślimak jedną nogą :-)

oj, jak ja lubię to wiosenne słoneczko,
od razu chce się żyć!

mam dwa CD, które dostałem pocztą (wraz z innymi)
wrzucam pierwszy, mjuzik leci i..
kurcze, jak ja lubię te dźwięki!!
mniam, od razu zgadłem, że to Portishead..
a z drugą płytą był taki motyw:
zapuściłem sobie i słucham, coraz bardziej mnie mjuzik wkręca
i już zastanawiam się co to może być (bo jak wkładałem do odtwarzacza to specjalnie pominąłem nalepkę, żeby się niczym w ocenie nie sugerować), nie mogłem zgadnąć za nic, wiec przy piątym utworze, wyłączyłem na chwilę, by przeczytać nazwę zespołu…
jakże byłem zaskoczony! to był zespolik, którego za nic wcześniej nie trawiłem…
a nazywa się: Legendary Pink Dots :-)
ha!
kruk od razu pokochał tą muzyczkę i słucha ją wciąż :-D
dziękuję dobremu duszkowi, który podesłał mi te CD :-*

a jeśli już jesteśmy przy muzyce to polecam:
Death In June „Fall Apart” – ja właśnie słucham :-)

8, 9 i 10 kwiecień 2003 r.

No to mamy thelemiczne święta (8, 9, 10 kwiecień), a do tego jak na święta przystało jest i śnieg :-)
A swoją drogą szykują się kolejne radosne dni, np. moje osiemnaste urodziny z metalem (też w kwietniu), moje piętnaste urodziny z poezyją (a to już w październiku) :-)
Cóż za cudowny rok!
Gdyby nie ilość lat, która gromadzi mi się na karku.. eh…

`SYMBOLE`

trójkątny płomień
dosięgnął mnie
spalał
podsycany niebieskim
powietrzem
w kole zaklętym

i żadna srebrna woda
w księżycowym flakonie
nie ugasi
czerwieni jęzorów

popioły mieszają się
z żółtymi okruchami
ziemi
co wchłania je
w swe kwadratowe bryły

staję się tym
czym byłem

byłem tym czym
jestem

(kropka)

/28. Styczeń 2003 r./

PLEROMA

Kruk postanowił przyłączyć się do PLEROMY [zobacz tutaj]
Reszta jest na razie owiana tajemnicą.
A swoją drogą zamknąłem się w światku pisarskim i piszę ponad miarę.
Znalazłem też dwa zaginione rozdziały TRYMH z 1997 roku. Niebawem zrobię korektę i przepiszę.

`Podróż..`

Podróż wśród
goniących cię
Smug Światła

Podróż za Echem
uciekającym
przed Cieniem

Podróż z Życia
do Śmierci
z Wieczności
w Nicość

i on staje się-

doskonała cząsteczka

Duch…

/17. Luty 2003 r./

WYJEŻDŻAM…

Ponieważ udało mi się zdobyć wizę wyjazdową, a raczej wjazdową do USA, także więc za kilkanaście dni wyjeżdżam :-)
Razem z moim przyjacielem jedziemy do USA na razie do listopada, a być może zostanę tam na stałe.
Losy bloga nie są znane, a być może już przesądzone :-(
Eh…