GANNAH MAZZAR

(Ogród Gwiazd)

Po raz jedenasty miałem ten sam sen. Tak, zanotowałem. To już jedenasty raz ten sam śmieszny człowieczek uśmiechał się do mnie wskazując na polankę obsypaną grzybami oraz kiwając na mnie dwoma dziwacznymi przedmiotami.
W prawej dłoni trzymał on bowiem purpurową, pięciopłatkową różę, którą unosił do góry, w lewej zaś sześcioramienny krzyż, którym to wskazywał owe grzyby.
-Policz je i chodź za mną – szeptał z uśmiechem.
Oczywiście zawsze odmawiałem i budziłem się. Jednak tego razu postanowiłem policzyć je wszystkie i wyjaśnić cóż takiego on chce ode mnie.
Liczenie nie było wcale takie proste. Po wielu próbach udało się.
-Dwieście dwadzieścia grzybów – oto mój wynik. To wszystko?
Człowieczek uśmiechnął się i pokiwał głową. Krzyż błysnął dwunastoma gwiazdami, a płatki róż przemieniły się w wielobarwne motyle, które uniosły się zostawiając srebrzyste smugi w powietrzu.

Siedziałem samotnie w pustym pubie o wdzięcznej nazwie „Knox Om Pax”, bawiąc się filiżanką pełną gorącej herbaty. Moja zabawa polegała na ciągłym mieszaniu łyżeczką naparu i obserwacji dymu, który unosił się delikatnie nad nią. Próbowałem ten dym złapać, ale albo był szybszy i uciekał albo po prostu rozpływał się w chłodnym powietrzu kawiarni.
Gdy herbata była bardziej chłodna, wypiłem ją. Już miałem wstać, by zamówić drugą, gdy ktoś wszedł do pubu i rozejrzał się. Ponieważ byłem umówiony, spojrzałem badawczym wzrokiem na przybysza, mierząc dokładnie jego postać.
-Nie, to nie może być on – pomyślałem i choć nigdy nie widziałem człowieka, z którym się umówiłem, od razu odrzuciłem wygląd osoby która.. podążała w moim kierunku.
Ów człowieczek wyglądał prześmiesznie. Szedł dziwnym, długim krokiem, lekko podskakując. Musiałem mieć dziwną minę, gdyż tamten uśmiechnął się niepewnie.
I to ma być…
Przewodnik podszedł do mnie odziany w dziwną, czerwoną pelerynkę, w duże białe kropeczki. Na głowie miał kapelusz również czerwony, w białe kropki.
-Czy mogę się do ciebie przysiąść młodzieńcze – zapytał ciepłym głosem.
-Oczywiście – odparłem – skoro byliśmy umówieni..
-A gdybyśmy nie byli..? – spytał.
Udałem, że nie słyszę i odwróciłem się w kierunku kelnera, zamawiając dwie herbaty.
Przewodnik w tym czasie zdjął swoją pelerynkę oraz kapelusz i położył na krześle obok. Rozejrzał się uważnie po barze, a ponieważ było tylko kilka osób, jego wzrok znów zatrzymał się na mej twarzy.
- To ty chcesz iść ze mną do Krainy Snów? – spytał.
- Oczywiście – odpowiedziałem i chwyciłem go za łapkę. Była zimna i lekko wilgotna.
Kelner przyniósł wywar w dwóch filiżankach i delikatnie postawił przed nami. Jego oczy rozszerzyły się dziwnie, kiedy zobaczył trzymających się nas za ręce. Odszedł z dziwnym uśmiechem, zostawiając dyskretnie rachunek przy chusteczkach do otarcia ust.
Zrobiło mi się trochę nieswojo. Puściłem dłoń Przewodnika, niby po to by wziąć i przeczytać rachunek.
-Ale będziemy musieli przekroczyć Taflę Lustra – szeptem powiedział Przewodnik, popijając powoli herbatę z filiżanki.
- Przez Lustro? A czy to nie jest aby niebezpieczne? – głos mi zadrżał.
- Owszem, to może być niebezpieczne, przecież się pytałem „czy chcesz?” – Przewodnik postawił filiżankę na spodeczku, po czym otarł kąciki ust chusteczką – zawsze możesz powiedzieć „nie” i obudzisz się.
- Nie, nie boję się – odpowiedziałem – ale ciekawi mnie jak rozbijemy Lustro swymi ciałami, to czy odłamki szyb nie pokaleczą nas – próbowałem nadrobić miną swe wątpliwości.
- Szkło nie jest szkłem, a ciało nie jest ciałem. Skup się na dymie, a zrozumiesz wszystko – powiedział filozoficznie Przewodnik, po czym zaczął się szykować do wyjścia.
-Jaki znów dym – teraz to już byłem na prawdę zdezorientowany.
-Nasz dym – uśmiechnął się on z kolei – dym naszych ciał. Stworzymy chmurę, a może obłoczek i przenikniemy cząsteczki lustra. A dym ten nie będzie widoczny, gdyż musimy się tak rozrzedzić, byśmy mogli z łatwością przejść na Drugą Stronę.
-On chyba kpi – pomyślałem – kpi na całego lub gada jakimś szyfrem. Nie, może to nie szyfr, a jedynie opis czegoś, czego bym nie zrozumiał, a tak przynajmniej mogę sobie to wyobrazić.
-Chwilunia – zaoponowałem zbierając się również do wyjścia i kładąc pieniądze przy rachunku za herbatę – jeśli moje ciało zamieni się w dym i do tego jeszcze tak rzadki, to skąd mam pewność, że powróci do stanu poprzedniego, że nie wspomnę o tym, iż skąd będę miał pewność, że ja to ja, po powrocie.
-Samolub – uśmiechnął się Przewodnik – myślisz tylko o sobie, a o mnie już nie? Otóż, nie masz takiej pewności. Mówiłem, że może to być niebezpieczne, jeśli się nie uda. A niebezpieczeństwo tkwi w szczegółach, czyli w tych naszych cząsteczkach, które mogą rozproszyć się po świecie bez naszej woli. A ona jest tu podstawą. Więc… – zapadło milczenie.
Wstaliśmy i ruszyliśmy w kierunku drzwi.
-A jak tego dokonamy – zapytałem idąc za Przewodnikiem.
-Są na to sposoby – Przewodnik sunął do przodu między stolikami – trzeba będzie tylko skosztować pewnego specyfiku – powiedział dyskretnie łapiąc się za pierś.
Wyszliśmy.

Dwanaście gwiazd błyszczało na niebie, które szarzało powoli.
Ogród wydawał się nie mieć końca. Stojąc przed bramą zauważyłem wykuty angielskim gotykiem taki oto napis „Sanktuarium 444″, a pod nim „czcigodny Wędrowcze, nakreśl Okrąg mocą Sekretnej Świętej Różdżki Kof Nia, a będziesz mógł przekroczyć Otchłań, ujrzeć Śmierć, zrozumieć ją, pokonać i rozciągnąć Światło swej Gwiazdy do Nieskończoności. Czyń tak, zgodnie ze swą Wolą. Słuchaj głosu Serca. Nie ma wyższego poza tobą”.
Wydało mi się to trochę śmieszne i niezrozumiałe, ale mimo tego przekroczyłem bramę.
Listki na drzewach delikatnie drżały. Poruszały się jakby tańcząc w chorobie. Delirium. Słońce igrało z ich cieniami, bawiąc się. Raz błyszczały tysiącami barw jesieni, to znów odsłaniały kolory zielone, żywe. Po korze wiekowego dębu cień sunął powoli. Pomiędzy rowkami kory załamywał się tworząc twarze złych duchów, by znów rozweselić się w blasku słonecznym.
Wokół dawał się słyszeć śpiew lasu. Niby zawodzenie w rozpaczy za odchodzącym latem i ciepłymi dniami, jednak w melodii tej dała słyszeć się też i radość. Ubrane do tej pory w jednolite prawie suknie, o różnych odcieniach zieleni, drzewa przechwalały się między sobą, które ma piękniejszą suknię, które jest bardziej wielobarwne.
Kolory tworzyły się jakby w oka mgnieniu. Zachwycały złożonością barw i jednocześnie dziwiły pięknem.
Paprocie rosnące wokoło nie były takie zachwycone. Znów tysiące spadających liści przykryje ich rozłożone ramiona. Znów przestaną być piękne. Jak co roku. A paprocie lubiły być wielbione i podziwiane. No przecież to jedna z nich raz do roku rodziła najpiękniejszy kwiat. Tak cudowny i czarujący, iż wiele osób szuka i pożąda go, jednak nie każdemu dane jest go ujrzeć, a co dopiero zerwać. O nie.
Cieszące dla paproci było to, że istniały również mniejsze postacie w tym lesie, jak grzyby czy.. krasnale.
Gdzieś pomiędzy paprociami dawało się zauważyć kilkadziesiąt przeróżnych ścieżek i dróżek. W sumie było ich trzydzieści dwie. Niektóre mocno już zarośnięte, inne świeciły żółtym piaseczkiem. Każda ze ścieżek posiadała dwa brzegi, przy którym rosły rośliny, piękne po prawej stronie i brzydkie po lewej. Zatrzymałem się przypatrując im uważnie.
W magicznym kole, niczym świętym okręgu sześćset trzynaście kwiatów lilii szeptało prawdy objawione. Spod jednej wyłonił się niewielki krasnal, z brodą ciągnącą się po ziemi. Podszedł i podał mi dwa kubki. W jednym z nich było mleko, natomiast w drugim miód. Wziąłem oba.
-Wypij, a poczujesz jedność z wiedzą, a zrozumiesz słowa – powiedział krasnal z poważną miną, po czym odwrócił się i chciał odejść.
Niestety zaplątał się we własną brodę i runął jak długi przed siebie.
-A niech to zgniły kasztan! – zaklął obrzydliwie masując starte kolano – jakże mnie natura pokarała, rodząc takim kurduplem.
Chwycił brodę w pół, unosząc do góry, drugą ręką pstryknął palcami i zniknął. Musiał być też kiepskim magikiem skoro zniknął nie w całości. Na ziemię delikatnie spadła jego czapeczka z małym dzwoneczkiem zamiast pompona. Podniosłem ją z zamiarem oddania zguby, gdybym go jeszcze kiedyś w przyszłości spotkał.
Zmieszałem miód z mlekiem i wypiłem. Smak wydawał mi się bardzo dziwnym. Nie było to zwyczajne krowie mleko.
Dopiero teraz zauważyłem, że w kilku miejscach, na poboczach ścieżek, leżało po dziesięć kamieni, a na każdym wypisano jakieś koślawe symbole-litery. Łącznie dwadzieścia dwie. Obejrzałem je dokładnie.
-Którędy tu pójść? – zastanawiałem się – trzeba losować… Którego to dziś mamy? hm, piętnasty – myślałem głośno pod nosem – no to niech będzie piętnasta ze ścieżek. Albo nie, niech zadecyduje losowy przypadek.
Zamknąłem oczy i zrobiłem kilka obrotów wokół własnej osi.
-Teraz! – szepnąłem i otworzyłem oczy.
Stałem na przeciw którejś tam ścieżki i nawet nie chciałem wiedzieć której. Los zadecydował.
-No to naprzód – powiedziałem z uśmiechem czyniąc pierwszy krok.
Złoty piasek delikatnie zachrzęścił.

-Dokąd pójdziemy? – zapytałem.
-Do mnie – odparł Przewodnik – przecież u ciebie jest remont.
Skinąłem głową.
-Zaraz, skąd on wiedział, że u mnie w mieszkaniu rozpocząłem remont korytarza i kuchni? – pytania kłębiły mi się w głowie.
Skręciliśmy w wąską uliczkę. Idąc w milczeniu mijaliśmy kolejne stare kamienice. Większość miała odrapane ściany, sypiący się tynk i wyzierające spod niego krwistoczerwone cegły. Wreszcie stanęliśmy przed jedną.
-To tu -ruchem głowy wskazał Przewodnik.
Uniosłem wzrok. Ta kamienica nie była tak zniszczona przez czas jak mijane. Moją uwagę przykuły dziwne zdobienia pomiędzy oknami. Kiście winogron, pod którymi znajdował się cyrkiel rozłożony pod pewnym kątem. Po co drugim oknem z kunsztownie zdobionym parapetem znajdowała się gwiazda czyniona z dwóch trójkątów. Jeden biały, ostrzem skierowany do góry, a drugi czarny, nałożony jakby na tamten pierwszy, ostrzem skierowany w dół.
-Dziwaczne symbole – pomyślałem – ciekawe, o czym mówią.
Jednak nie zapytałem o to. Może i nie chciałem, może i nie było czasu, gdyż Przewodnik wszedł w bramę. Odwrócił się spoglądając na mnie znaczącym wzrokiem, który oznaczał tylko jedno. Chodź za mną!
Poszedłem.
Drewniane schody skrzypiały przeraźliwie, gdy wchodziliśmy po nich. Stawiając kroki miałem wrażenie, iż któraś z desek nie wytrzyma i pęknie z głuchym chrupotem pode mną, a ja zapadnę się o jedną kondygnacje w dół.
Nie zapadłem się jednak, lecz stanąłem przed drewnianymi drzwiami poddasza. Chrzęst klucza otworzył drzwi, które zaskrzypiały otwierając się i wypuszczając z wnętrza zapach stęchlizny.
Gdy wszedłem za przewodnikiem do środka okazało się, że zapachem był dym wcześniej palonych kadzideł mirry, której delikatny posmak czuć było wśród zapachu kurzu i starych desek.
Pokój był dość elegancko umeblowany, starymi meblami, które można już tylko oglądać na pożółkłych zdjęciach u prababci, czy nawet w muzeach.
Zdjęliśmy buty i kurtki, po czym usiedliśmy wygodnie w głębokich fotelach, wyglądających jak z czasów Ludwika XIV.
-I jak ci się tu podoba? – zapytał Przewodnik zapalając trzecią świecę w świeczniku.
-Całkiem przytulne mieszkanko – odpowiedziałem kiwając głową.
-To miłe – powiedział Przewodnik wyciągając zza pazuchy szary woreczek mocno zasznurowany – ale czas na przedstawienie ci rzeczy, o które mnie prosiłeś..
-To dziwne, że mi wierzysz, że mnie tu zaprosiłeś.. – szepnąłem rozglądając się.
-Tak samo dziwne, jak to, że ty zaufałeś mi.. – dodał tajemniczo Przewodnik – ale tajemnica przestaje być znakiem zapytania, jeśli ci powiem, że znamy się od dawna i zdążyliśmy już sobie zaufać.
Słowa jego zdziwiły mnie wielce do tego stopnia, iż nie wiedziałem co mam na to powiedzieć.
-Nie mów nic – powiedział on, jakby czytając myśli i ubiegając słowa – spójrz, oto Ciasteczka Światła w kształcie białych stożków. Ich przepis w formie obrazków znajduje się w Sekretnej Świątyni, wśród piasków pustyni Egiptu. Niewiele osób tam było, niewiele wie o niej, a reszta uważa ją za mit. Jednak ja ją widziałem i znam przepis na owe ciasteczka – mówił Przewodnik powoli rozkładając biały, płócienny obrusik, a nań wykładając dwa ciasteczka.
Były to miniaturowe wypieki, gdyż każdy miał nie całe dwa, no może trzy centymetry wysokości. Były całe białe i bardzo gładkie.
I wtedy poczułem ich przedziwny zapach. Nigdy w życiu nie czułem piękniejszej woni i do końca życia jej nie zapomnę. Zapach, który ma pod sobą wszelkie zapachy. Mogłem go wchłaniać każdym swym zmysłem, jak narkotyk.
Nagle mój wzrok padł na lustro wiszące na ścianie, nad stolikiem, przy którym siedzieliśmy. Było to dość sporych rozmiarów lustro w dębowej, dość dziwacznie rzeźbionej ramie. Mocno zdziwiłem się, że wcześniej nie zauważyłem tak pięknego zabytku. Rama składała się z dwóch otok. Pierwsza, bliższa tafli szkła ozdobiona była maleńkimi, symbolicznie wyrytymi rybami, które kolejno połykały swe ogony. Pyszczek kolejnej rybki był zarazem ogonem wcześniejszej.
Druga otoka, zewnętrzna, składała się z dziwnych postaci, które wężowymi ruchami wspinały się po ramie ku górze lustra, gdzie rama, na wzór sklepienia, łukiem zamykała się. Zamknięcie to wieńczyła głowa kruka trzymająca w dziobie zwój papieru. Dolne rogi ramy, jakby na swych skrzydełkach, unosiły dwie pszczoły, z lewa i prawa.
Tafla lustra była bardzo gładka i w świetle świec błyszczała błękitem. Wewnątrz lustra odbijały się gwiazdy za oknem pokoju, w którym siedzieliśmy.
-Gwieździste dziś niebo – szepnąłem.
-Możliwe – odparł Przewodnik układając na stole jakieś zasuszone roślinki – ale zza zasłon tego nie widać. Jeśli chcesz, mogę odsłonić okno.
Spojrzałem w stronę okna. Było szczelnie zasłonięte ciężkimi, brązowymi zasłonami. Szybko spojrzałem znów w lustro. Gwiazd już nie było. Odbijały się tylko płomienie świec wraz z naszymi twarzami.
-E.. – wyrwało mi się, gdyż nie mogłem ukryć zdziwienia.
-Tak to czasem bywa.. – uśmiechnął się zagadkowo Przewodnik – spójrz, jak pięknie świecą Ciasteczka Światła w blasku płomieni.
Rzeczywiście. W pierwszej chwili zdawało się, że są białe, czy nawet śnieżnobiałe z lekkim odcieniem błękitu. Jednak, gdy światła świec, roztańczone drganiem powietrza od naszych oddechów, migając padały na maleńkie stożki, ciasteczka mieniły się setkami barw, niczym kalejdoskopowe tęcze. Oniemiałem z wrażenia.
-Piękne są te Chlebki Magów Egipskich, prawda? – zapytał Przewodnik i nie czekając na odpowiedź, dodał – a to co widziałeś w lustrze, to tylko ułuda, miraż, który sam chciałeś zobaczyć. Oczy twe widziały to, co chciał umysł.. Spójrz w lustro teraz – podniósł głos jednocześnie jednym podmuchem zgasił świece.
Przestraszyłem się, gdy mrok nagle otoczył moje oczy. Z lękiem spojrzałem w lustro.
Spoglądała na mnie trupioblada i pełna nienawiści twarz jakiegoś mężczyzny. Na głowę zarzucony miał kaptur, który lekko przysłaniał czoło. Usta były niczym równa, sina kreska pozioma, bez żadnego uczucia. W pustych oczodołach czaiła się śmierć.
-Kto to.. – szepnąłem cichuteńko szukając wzrokiem Przewodnika w ciemnościach.
Trzask zapalanej zapałki w znów mroki rozgoniła światłość. Przewodnik na nowo rozpalił świece.
-To był on. Twój umysł, a raczej to, co twój umysł chciał zobaczyć w chwili, gdy nagły mrok zabrał mu światło z oczu. Dokładnie to był twój strach.
-Ależ ta postać była rzeczywista – zaprotestowałem.
-Dla ciebie tak, bo dla mnie lustro było lustrem i nic w nim nie widziałem. A postać nawet i dla ciebie nie była rzeczywista, tylko płaska – uśmiechnął się – i całe szczęście, aż strach pomyśleć, co by było, gdybyś potrafił swym obrazom z umysłu nadawać rzeczywisty, realny kształt. Wszystkie mary by ożyły, gdybyś się bał, a wtedy mógłbyś się bać na prawdę.
-A to jest możliwe? – spytałem.
-Tak – odparł Przewodnik poprawiając obrus na stole – wszystko jest możliwe. Zadziwiające jest to, iż człowiek uważa, że coś może być niemożliwe lub nierealne, coś, czego jego umysł nie potrafi sobie wyobrazić, uświadomić, przewidzieć czy zrozumieć. Wokół nas były, są i będą rzeczy, o których filozofom się nie śniło; ba, nawet i magom.
Zapadła cisza.
-Wiele światów, nieskończoność rozmiarów, wymiarów, zakrzywień czasoprzestrzeni, światła, próżnie, nicości, materie, antymaterie.. i miliony nienazwanych. Wszystko to jest, wszystko to istnieje wokół nas, w nas.
-I nie ma to końca? – zdziwiłem się.
-Nie, tylko grzech to ogranicza. Głupi grzech niewiedzy. To nie ma końca, gdyż i początku nie ma. Powstaje, mnoży się, dzieli, umiera, i tak dalej – odparł patrząc gdzieś nade mną w przestrzeń.
-Ryby! – krzyknąłem w olśnieniu.
-Słucham? – zdziwił się Przewodnik.
-Rybki, każda następnej połykała ogon… – objaśniałem – taki wzór, jest tu na lustrze.
-Połykała lub wypluwała – uśmiechnął się on – tak, to reinkarnacja, to wieczność i nieskończoność. Zwróć uwagę, iż dwie rybki tworzą znak nieskończoności, czyli ósemkę leżącą. Mnożą się, więc i ósemek jest nieskończończenie wiele. Tak jak żyć, światów, pierwiastków… i luster.
-Luster? – zdziwiłem się odwracając swą twarz w kierunku zwierciadła.

Tafla lustra wisiała w powietrzu. Była przeźroczysta. Wiedziałem, że to lustro, choć jednocześnie lustrem nie było.
Moją uwagę znów zwrócił piasek ścieżki, który złociście błyszczał się w refleksach rzucanych przez zwierciadło. Różne odcienie żółci igrały z źrenicami moich oczu, które co raz musiały kurczyć się i rozszerzać w blasku. Wreszcie ziarenka przestały iskrzyć i zjednoczyły się w jedną, równą złotą płaszczyznę, niby ulicę.
Lustro przestało migotać. Nie wiem czy to z gorąca, ale poczęło się topić, przemieniać z ciała stałego, którym przecież jest każde zwierciadło, w ciecz. Jak sok ściekało. Powoli, rozciągając się, spływało. Gdy było już tylko plamą na ziemi, zaczęło gęstnieć i rosnąć, niczym ciasto w formie. A formą była przeźroczysta postać.
Po kilku chwilach postać okazała się kobietą, a gdy ciało zgęstniało już na dobre, zmieniło barwę z przeźroczystego szkła, na białą. Postać przyjęła formę siedzącą ze skrzyżowanymi nogami, na kolanach których oparte były dłonie. W takiej pozie trwała, z wolna tworząc oczy, usta i nos na swej twarzy.
Jednak w ciele kobiety błyszczało jeszcze kilka punktów różnymi barwami. Były to kamienie. Siedem różnych kamieni, rozmieszczonych w prawie równych odstępach na ciele. Na czubku głowy kamień błyszczał fioletem z przebłyskami bieli. A może mi się tylko zdawało? Kolejny kamień znajdował się pomiędzy oczami. Jego światło było barwy indygo. Trzeci, koloru czystego błękitu rozświetlał krtań. Zielenią pulsował kamień na sercu, natomiast żółtym światłem kamień na brzuchu. Poniżej żółtego znajdował się pomarańczowy. Ostatniego kamienia nie było widać, choć wiedziałem, że jest. Dawał bowiem czystą, czerwoną barwę świecącą pod kobietą. Barwa była tak silna, że zdawało się, iż siedzi ona na ogniu.
Gdy wszystkie barwy objawiły się w moich źrenicach, kobieta otworzyła oczy i usta. Spojrzała na mnie badawczym wzrokiem. Z lekko uchylonych ust uniosła się para.
-Kim jesteś – spytałem nieśmiało, gdyż kobieta milczała.
-Jestem Śitir Śame – odpowiedziała miękkim i bardzo ciepłym głosem.
Był to tak piękny kobiecy głos, którego jeszcze nigdy w życiu nie słyszałem. Niczym muzyka zadźwięczał w moich uszach.
-Jestem 446 i 434, jestem w nich i między nimi – kontynuowała – objawiam się dla twych zmysłów jako postać, gdyż jeszcze nie jesteś gotów „widzieć” mnie jako 113.
-Cóż to za liczby – nie mogłem do końca pojąć, co do mnie mówi.
-To słowa, wciąż mówię do Ciebie słowami; jednak, gdy poznasz mój język to, co nazywasz lub słyszysz cyframi, słowem będzie – wyjaśniła Biała Dama, jak ją w myślach nazwałem – zostałam stworzona w tej postaci dzięki twym myślom, gdyż zupełnie inna jest moja postać w rzeczywistości i nierzeczywistości…
-A czym jest? – wyrwało mi się, po czym pomyślałem, iż taka ciekawość kiedyś może mnie zgubić.
-Moja postać to 113 – odparła.
-Hm, znów słyszę liczby – powiedziałem pod nosem.
-Przybywam by ci pokazać mój świat, który jest także twym światem. Światem, do którego dążysz i który chciałeś poznać, ujrzeć. Przybyłam ukazać ci porządek nieba i nauczyć czytać jego pismo na ziemi – powiedziała rozkładając dłonie szeroko nad sobą, na kształt litery V.
-A jak mam tego dokonać? – zapytałem.
-Wszystko w swoim czasie – powiedział spokojnie – pamiętasz napis na bramie?
-Chyba tak, może niedokładnie, ale coś pamiętam – zawstydziłem się, gdyż okazało się, że napis u wejść do ogrodu był ważnym tekstem.
Kobieta zaczęła płakać. Szklane łzy powoli spływały jej po policzkach i z dźwiękiem tłuczonego szkła kapały z brody na drogę. Nie wiedziałem co powiedzieć, czy pocieszać kobietę, czy może przepraszać, iż przeoczyłem tak ważny dla niej i jak się okazało dla mnie, napis.
Po chwili kobieta uśmiechnęła się.
-Weź moje krople i z łez tych stwórz swą różdżkę magiczną – powiedziała wskazując dłonią na plamę szklistą na drodze.
-Ale jak, skoro to ciecz – zastanawiałem się patrząc to na kałużę łez, to na twarz kobiety.
-Pomyśl.. – powiedziała i przybrała swą pierwotną pozycję z dłońmi na kolanach.
-Ha, myślę, myślę.. i nic – biadoliłem – bo jak można podnieść kałużę, ba! uczynić z wody różdżkę?
-Pomyśl.. – szepnęła znów.
Nie wiedziałem dalej co czynić, więc zacząłem sobie wyobrażać powstającą różdżkę z mokrej plamy łez. I wtedy stała się rzecz niebywała. Szklane krople powoli zlewały się w długą na jeden łokieć różdżkę o przekroju walca, który stawał się coraz cieńszy z jednej strony, by z drugiej być grubości palca.
-No tak, pomyśl! – krzyknąłem.
-Widzisz, jakie to proste – powiedziała kobieta z zamkniętymi oczami – a teraz rozejrzyj się dookoła i poszukaj siedmiu metali.
-A jakie są to metale – zacząłem się rozglądać dookoła po ogrodzie.
-Siedem metali, każdy ma kształt kulki wielkości małego jabłuszka rajskiego – mówiła nie otwierając oczu – są niedaleko ciebie.. siedem metali: ołów, żelazo, cyna, rtęć, miedź, srebro i złoto.
-Jak ty to widzisz mając zamknięte oczy? – zapytałem wciąż się rozglądając.
-A czy oczami tylko można patrzeć? – zapytała zagadkowo.
Ponieważ nie wiedziałem co mam odpowiedzieć, rozpocząłem poszukiwania metalicznych kuleczek.
Z początku nie wiedziałem gdzie ich szukać, ani jak one na prawdę mogą wyglądać, lecz gdy tylko sobie wyobraziłem każdą z nich po kolei, moim oczom ukazały się, błyszcząc w słońcu.
Ołowiana kulka rosła sobie przy ziemi jak poziomeczka. Zerwałem ją i włożyłem do kieszeni. Srebrna kulka była nierozwiniętym pączkiem róży, natomiast żelazna okazała się maleńką szyszką. Z kuleczką z cyny był pewien kłopot, gdyż była zwyczajnym kamieniem, a znalazłem ją dzięki drobnej swej niezdarności, gdyż się o niego zwyczajnie potknąłem. Kuleczka z rtęci była równie zmyślnie ukryta, gdyż jak się okazało była to maleńka kałuża przy większej sadzawce. Co prawda owe bajorko okrążyłem kilkakrotnie, gdy ta dopiero wtedy dała się zauważyć wśród kęp traw.
-Skoro jest sadzawka, to muszą być i żaby – pomyślałem.
Tak. Piąta z metalicznych kul była miedzianą żabką.
Gdy zebrałem je wszystkie, począłem szukać ostatniej – złotej. Dobrze przeczuwałem, iż nie będzie to prosta sprawa. Pomimo usilnych poszukiwań i natężonych myśli w żadnym z zakamarków roślinnych złota nie dostrzegłem. Wróciłem na ścieżkę, by zapytać się kobiety, gdy doznałem olśnienia.
-Piasek z drogi. Piasek był złocisty! – aż klasnąłem z radości w dłonie.
Miałem więc siedem metali, o które prosiła Ona. Uśmiechnięty przyniosłem wszystkie metaliczne kulki i trzymając w dłoniach, pokazałem Białej Damie. Nie otwierając oczu skinęła głową.
-Brawo – powiedziała – a teraz ułóż sześć z nich w okręgu, w miarę równych odstępach jedna od drugiej. Pierwszą niech będzie ołowiana kula, później zgodnie z ruchem wskazówek zegara cyna, miedź, srebro, rtęć i żelazo. Gdy je tak ułożysz, wejdź na środek okręgu i pomiędzy stopami połóż złotą kulę. Pamiętaj jednak, że jak ją położysz nie wychodź już z koła. Nawet gdybyś cierpiał, nie wolno ci wyjść poza okrąg.
-Czy zrozumiałeś? – zapytała, gwałtownie otwierając oczy i przeszywając mnie wzrokiem.
-Tak, zrozumiałem – odparłem i już miałem odejść, gdy Pani znów się odezwała.
-Gdy je ułożysz wszystkie zakreśl, stojąc w środku, okrąg swoją różdżką.. – powiedziała urywając w pół słowa. Zapadło chwilowe milczenie, którego nie śmiałem przerwać.
-..a gdy to uczynisz, głośno wypowiedz na cztery strony świata, dotykając różdżką czoła, te oto święte słowa wielbiące Jego.. – kobieta mówiła powoli, monotonnym, ale ciepłym głosem.
-Przepraszam, że przerywam – wtrąciłem się – ale kim jest On?
-On jest Wszystkim i Niczym. Jest Próżnią i Pełnią. Ciałem i Bezcielesnym. Widać go i nie widać. Posiada imię, lecz nie wolno jego wymówić. Cztery święte litery, niczym cztery strony świata. Jednak ja nazywam go Dziesięcioma w Dziesięciu lub imieniem, które pięknie brzmi dla ludzkiego ucha: ELEILL.
-Eleill? – zdziwiłem się.
-Tak, można to imię zapisać również jako cztery litery: LILL. Co prawda nie są to owe cztery święte litery, ale liczba ich jest ta sama.
-Czyżby Eleill był bogiem, o którym uczyła mnie matka, gdy byłem małym chłopcem? – spytałem.
-Wy, ludzie, tworzycie bogów na własne podobieństwo – powiedziała krzyżując ręce na piersiach – a ELEILL jest i był. To jest Pustka i Pełnia. Dźwięk i Cisza. On ma wszystko pod sobą. Również ludzkich bogów. Również i mnie. To Stwórca i Niszczyciel. Światło Ogniste i Lodowaty Mrok – powiedziała opierając znów swe dłonie na kolanach – bez końca i bez początku.. bez końca..
-Rozumiem – uśmiechnąłem się – ale z całym szacunkiem, jakoś trudno mi w to uwierzyć, w Jego uwierzyć.
-Nie musisz – głos kobiety był nadal ciepły, pomimo tego, że starałem się podważyć wiarygodność Jego – On nie ma i nie potrzebuje wyznawców. On po prostu jest. Czcij swych wymyślonych bogów, gdyż każdy z nich jest częścią Jego. Ty również.
-A jakie są to słowa – spytałem by zmienić temat.
-To są święte słowa, które zaraz usłyszysz – powiedziała kobieta wstając powoli – gdy je wypowiem, uznasz, że ich nie spamiętasz, ale nie lękaj się, zapamięta to twój duch-umysł i przypomni ci je w okręgu.
Kobieta wstała i teraz zobaczyłem, iż była całkowicie naga. Do tej pory widziałem tylko jej piersi. Pomimo tego, iż była bez odzieży dziwnym trafem nie czułem podniecenia, wstydu, czy jakiegokolwiek innego uczucia. Oczywiście jestem zdrowym mężczyzną, któremu nic nie brakuje. Nie mam też odmiennych zapatrywań seksualnych, jednak teraz nie czułem nic. I to nie było wcale dziwne dla mnie. Po prostu przyjąłem jej nagość jako coś naturalnego i oczywistego. Zapewne gdyby to była zwykła, ziemska kobieta, uległbym podnieceniu. Teraz nie.
-Słuchaj więc uważnie – powiedziała przerywając moje zamyślenie – oto one; oto Dziesięć Świętych Słów: BRWK WMBWRK ShMW ShLChJ HOWLMJM LOWLM WOD KWL WRWCh WDJBWR.
-A niech to, co to za język – chwyciłem się za głowę z przerażenia – przecież tego ani spamiętać, ani wymówić nie sposób.
-W odpowiednim czasie wszystko pojmiesz – uśmiechnęła się, po czym znów usiadła krzyżując nogi i kładąc dłonie na kolanach – a teraz do dzieła!
Spojrzałem na metaliczne kulki, które trzymałem w swych dłoniach. Pomimo tego, iż każda była wykonana z innego metalu, zarówno ich blask, jak i gładkość była jednakowa. Rozejrzałem się, by wybrać miejsce. Mój wzrok padł na niewielki skrawek ziemi porośnięty młodziutką trawką.
Położyłem pierwszą ołowianą kulkę. Zapadła się delikatnie w trawę, po czym dotknęła ziemi. Następnie ułożyłem kolejne kulki stosując się do zalecenia Białej Damy. Gdy już wszystkie znalazły swe miejsce, spojrzałem na okrąg, które tworzyły. Rzeczywiście, to był okrąg, gdyż trawa odchylała się w przeciwnym kierunku, jakby odwracając się tyłem.
-Dziwne – pomyślałem i zamarłem.
Pomiędzy wszystkimi kulkami zrodził się czerwony pas świetlny, który powoli zataczał koło przesuwając się od kuli do kuli.
-Niech się dzieje wola Jego, jeśli jest ona i moją – powiedziałem i położyłem miedzy swymi stopami złotą kulę.
Gdy dotknęła tylko ziemi, trzymając w wyciągniętej przed siebie w prawej dłoni swą szklaną różdżkę, obróciłem się powoli dookoła siebie, zakreślając przy tym w powietrzu okrąg.
Znów stanąłem przodem do ołowianej kuli. Spojrzałem przed siebie. Białej Damy już nie było, a na miejscu, gdzie siedziała rosła biała lilia. A może jej tam wcale nie było? Może rozmawiałem tylko z kwiatem w swej wyobraźni?
Nim dokończyłem swą myśl, biały strumień światła wystrzelił z ołowianej kuli i nie dotykając ziemi przemieścił się w kierunku kuli z rtęci, odbijając się z kolei i od niej, sunął do punktu, w którym się zrodził. Gdy powrócił do ołowianej kuleczki, zamknął swój blask w świecącym na biało trójkącie. W tym samym momencie z żelaznej kulki wystrzelił promień światła o czarnej barwie, odbił się od kuli z cyny, następnie od srebrnej i powrócił do źródła, zamykając w ten sposób swe mroczne światło w czarnym trójkącie. Oba świeciły przenikając się nawzajem.
Nie czekając co się jeszcze wydarzy, dotknąłem różdżką swego czoła i wypowiedziałem bezbłędnie święte słowa wielbiące Jego. Odwróciłem się na kolejne strony i powtórzyłem czynność. Znów stałem przodem do ołowianej kulki.
Niespodziewany żar spłynął na me stopy. Spojrzałem pod nogi. Kula ze złota topiła się, jakby rozgrzana od spodu. Rozlewała się powoli w dziwny sposób, gdyż przypominało to..
-Kwadrat ze złota – szepnąłem.
Ciepło jednak nie było ani bolesne, ani uciążliwe. Wręcz przeciwnie, bardzo miłe.
Gdy kwadrat uformował się, ciecz stężała. Moim oczom ukazały się cztery przedziwne symbole. W każdym rogu złotego kwadratu, lekko wklęsłe, mieniły się barwami. Jednak były jeszcze niewyraźne, by odczytać, co oznaczają.
Nagły syk odwrócił moja uwagę. To świat topił się. Spływał powoli w moich oczach, jak farba za mocno rozwodniona na obrazie. Wszystkie kształty zlewały się i powoli mieszając, spływały pionowo. W dół, w dół.. Na końcu znikały. Rozpływały się. Parowały.
Za nimi była biel. Biel?
Pustka.
Próżnia.
Pozostałem tylko ja w okręgu. Rozłożyłem z ciekawości swe ramiona szeroko. Nie było nic. Ani po bokach, ani na górze. Otchłań bieli nie miała końca lub też końca nie potrzebowała.
Poczułem się samotnie w tym miejscu bez życia, bez dźwięku, bez oddechu. Okrąg, niczym dysk, szybował, unosił się, a może zawisł w tej pustce. A na nim ja.
Spojrzałem znów pod nogi. Symbole teraz były już wyraźne. Każdy z nich był lekko wklęsły. W lewym górnym rogu było to niebieskie koło, natomiast w prawym srebrzysty księżyc. Lewy dolny róg naznaczony był żółtym kwadratem, a prawy czerwonym trójkątem.
-Gdzieś już widziałem te symbole – szepnąłem. Jednak głosu nie było. Moja myśl ze mną rozmawiała. Wewnątrz mnie.
Przykucnąłem by dotknąć owych symboli i wtedy dostrzegłem, iż stałem stopami na jeszcze jednym. Było nim czarne jajo. W przeciwieństwie do innych symboli, było wypukłe. I zdawało się, że ta wypukłość powoli powiększała się.
-Chodź ze mną – szepnęła kobieta.
Odwróciłem się, gwałtownie podnosząc.
-Chodźmy stąd kochanie – powiedziała wyciągając w moim kierunku swą dłoń.
Tak, to była moja ukochana, która przyszła po mnie. Ucieszyłem się wielce. Nareszcie jakaś żywa dusza, na tym pustkowiu. I już miałem przekroczyć okrąg, gdy jedna z myśli przypomniała mi słowa Białej Damy.
-Chodź, już po wszystkim – szeptała kobieta uśmiechając się zalotnie.
-Nie, jeszcze nie – powiedziałem spokojnie – musisz na mnie zaczekać kochanie.
-Chodź! – krzyknęła kobieta, wykrzywiając swą twarz w grymasie – dość już tych zabaw.
Przez pewną chwilę myślałem, że twarz jej pulsuje, zmieniając się. Jednak szybko odrzuciłem tą myśl, jako głupią i niemożliwą.
-Nie mogę, chodź ty do mnie, proszę – powiedziałem, czując coraz większy strach.
Jakieś zimno wiało od kobiety. Zimno, które przeszywało mnie na wylot powodując „gęsią skórkę” na ciele, a w umyśle paraliżujący strach. I nie był to zwyczajny strach. Nigdy jeszcze się tak nie bałem. Każda moja komórka drżała w bojaźni.
-Chodź tu do mnie bękarcie! – zasyczała obrzydliwie – chodź tu do mnie natychmiast!
Zmieniła się. Przeobraziła w węża z głową kobiety, który sunął dookoła okręgu przeraźliwie sycząc i obnażając kły jadowe.
Milczałem, bacznie ja obserwując.
-Chodź skarbie, chodź.. dam ci swe ciało.. – kusiła, będąc teraz nagą kobietą, która niczym kotka, na czworaka okrążała okrąg prężąc swe ciało – dam ci swe usta, ciało, miłość..
Udawałem, że jej nie zauważam. Kątem oka jednak obserwowałem, co czyni.
Znów przepoczwarzyła się. Jako kobieta-wąż zaatakowała. W jednej sekundzie skoczyła na mnie, chcąc dosięgnąć swym jadowitym ostrzem kłów. Jednak, gdy tylko przekroczyła okrąg – wybuchła. Rozsypała się na tysiące maleńkich szarych kamyków, które z kolei rozsypywały się na mniejsze i mniejsze, aż znikły w otchłaniach.
Odetchnąłem z ulgą.
Strach powoli odchodził. Tajałem. Mróz powoli opuszczał me ciało.
-Co teraz? – zapytałem sam siebie, znów nie słysząc swego głosu.
Coś uderzyło mnie w nogę. Spojrzałem. To było jajo. Czarne jajo, które urosło do rozmiarów mniej więcej strusiego jajka, trąciło mnie w nogę, przewracając się. Podniosłem je delikatnie. Było niebywale gładkie i lekkie.
-A może to wydmuszka? – zastanawiałem się.
Obejrzałem je dokładnie ze wszystkich stron. Dziurek żadnych nie było. Potrząsnąłem nim delikatnie. Nie usłyszałem nic wewnątrz.
-Ostrożnie, bo ci jeszcze wypadnie z rąk to jajo – powiedział mężczyzna.
Spojrzałem na niego. Ubrany był w szary płaszcz z kapturem, który spadał mu na twarz, zakrywając ja cieniem.
-Kim jesteś – spytałem, delikatnie odkładając jajo na ziemię.
-Nikim – odparł tamten, zbliżając się do okręgu.
-Jak to „nikim” – zdziwiłem się, obserwując go uważnie, bowiem, gdy zbliżył się do linii okręgu, zatrzymał się.
-Ano nikim, nie mam imienia – powiedział spokojnie.
-To dziwne – odparłem – czyżbyś był mnichem?
-Nie.
-Wędrowcem? – zgadywałem dalej.
-Nie.
-Żebrakiem? – nie dawałem za wygraną
-Nie.
-To kim, do diabła, jesteś? – zapytałem poirytowany.
-Tym ostatnim – powiedział spokojnie mężczyzna, po czym odsłonił kaptur.
Nie gustuję w mężczyznach, ale jego twarz była cudowna. Kruczoczarne, długie włosy spływały na ramiona, a niebieskie oczy przeszywały mnie swym chłodem. Cera była bardzo delikatna i prawie śnieżnobiała.
-To.. to nie.. możliwe – wydukałem – jesteś.. d…
-Możliwe – odparł tamten, przerywając mi w pół słowa – obrazy bojaźliwych zniekształciły moje piękno, ale nic, nie przejmuję się tym. Zupełnie nie dbam o to. Jest za to inny problem..
-Jaki? – spytałem, lekko cofając się do tyłu.
-Oddaj mi to czarne jajo – powiedział Diabeł – wskazując na leżące na ziemi jajo.
-A po cóż ci to jajo? – zapytałem z ciekawością przyglądając się to Diabłu, to znów obiektowi jego zainteresowania.
-To jest moja własność, której nie powinieneś posiadać, a już na pewno dotykać – mówił odgarniając delikatnie swe włosy na boki.
-To jajo samo wyrosło ze złotego kwadratu – powiedziałem – więc chyba raczej nie jest twoje.
-Jest moje! Zostało mi skradzione – podniósł głos – to jest magiczne jajo, nie przeznaczone dla śmiertelnych ludzi. Ono może cię zabić.
-Wyczuwam nutę kłamstwa w twym głosie – uśmiechnąłem się, a wiedząc o ochronnej mocy kręgu dodałem – ale skoro jest twoje, to proszę, chodź i weź je.
-Nieszczęśniku! – krzyknął Diabeł błyskając oczami – oddaj moją własność nim się zdenerwuję.
-Proszę, wejdź i weź – kpiłem podnosząc w dłoniach jajo z ziemi.
Diabeł tupnął nogą ze złości, a ponieważ stał blisko kręgu, a dokładniej przy jednej z kul, spowodował swym tupnięciem, iż srebrna kuleczka podskoczyła i poturlała się powoli w moim kierunku. Światło okręgu zgasło. Magiczna moc prysła.
-O bogowie.. – szepnąłem z przerażenia.
Diabeł wszedł do okręgu i usiadł krzyżując nogi.
-Jeśli myślisz, że nie wszedłbym tu, bo chronił cię okrąg, to jesteś w błędzie – powiedział uśmiechając się.
-To czemu nie wszedłeś tu wcześniej – zapytałem.
-Nie jestem natrętem i szanuję cudze świętości – powiedział – ale jeśli chcesz, mogę naprawić ci twój okrąg i usiąść poza nim.
-Nie, teraz to nie ma znaczenia – powiedziałem – jeśli chcesz, weź jajo, ale proszę nie rób mi nic złego.
-Strach – zdziwił się Diabeł – odrzuć strach, wyjdź mu na przeciw. Strach jest dla tchórzy.
-Nie boję się już – powiedziałem również siadając na ziemi.
-A wiesz po co się tu znalazłeś? Wiesz po co tu przybyłeś i do czego jest to jajo? – pytał Diabeł uśmiechając się zagadkowo.
-Nie, nie wiem po co tu przybyłem – odpowiedziałem i spuściłem wzrok zawstydzony, gdyż sam zadawałem sobie to pytanie wewnątrz siebie.

-O czym tak rozmyślasz? – szepnął Przewodnik, jakby nie chciał mnie wyrywać z tego stanu.
Niczym obudzony, oderwałem swe oczy od lustra.
-A tak sobie rozmyślam – odpowiedziałem zbywając.
Przewodnik uśmiechnął się, jakby chciał tym uśmiechem powiedzieć, że i tak wie lub się domyśla.
-Myślę, że chyba już czas na nas – powiedział
-Skoro tak twierdzisz – odparłem.
-Chciałeś bym cię wtajemniczył – powiedział – przyszedłeś do mnie we śnie. Obiecałem ci to pokazać. Te oto ciasteczka są dla realizacji naszego zadania. Dokonałeś już wielu ciekawych i odkrywczych rzeczy w rzeczywistości, jednak w świecie ułudy jesteś nikim.. nie martw się, każdy jest – dodał po chwili – jednak nie każdy może przekroczyć otchłań, by stać się. Wszystkie rzeczy, które wydają ci się proste i łatwe cieleśnie, są trudnościami nie do pokonania w świecie luster.
-Czyżbym zapominał po drugiej stronie, kim jestem, kim byłem? – zdziwiłem się – czyżbym zapominał całą swą wiedzę? To po cóż się uczyć?
-I tak i nie – odparł Przewodnik – całe życie jest nauką, nie tylko twa magia. Wszystko to rejestrujesz i pamiętasz w świecie cielesnym, jednak tam, rządzą inne prawa, które musisz poznać i nauczyć się. Gdy je zrozumiesz – przypomnisz sobie. Pomogę ci stać i odnaleźć się. Niewiele cielesnych przebyło tą drogę, a jeszcze mniej wyniosło z niej bagaż nauk. Możesz być kolejnym ze zwycięskich lub następnym z przegranych. Wszystko zależy od twej woli. Od prawdziwej woli, a nie twierdzenia „ja chcę”. Rozumiesz? – zapytał na koniec.
-Chyba tak – przytaknąłem – ależ ja nie jestem aż takim uczonym, że o mądrości wielkiej w magii nie wspomnę.
-Skromniś – roześmiał się Przewodnik – a w takim razie jak do mnie trafiłeś? Jak mnie odnalazłeś i nawiązałeś kontakt? To jest dobre pytanie.
-Ech.. – westchnąłem.
-Zostaw skromności na potem – rzekł Przewodnik – czas do czynów.
-A dlaczego tak mało osób przechodzi przez lustro? – spytałem.
-Nie każdy jest gotowy.. – odparł Przewodnik nalewając wino do kielichów, które wcześniej postawił na stole – ludzkość w swej ewolucji i kolejnych odrodzeniach nie zawsze lub w ogóle nie jest gotowa. Niektórzy nawet tego nie chcą, a inni nie są świadomi. Nie trzeba być magiem, by przekroczyć lustro poznania i stać się. No i czasem najlepszy mag tego nie potrafi.
-A jaka jest twa w tym rola, Przewodniku? – zapytałem.
-Możesz mnie nazywać jak chcesz, nawet Świętym Aniołem Stróżem – powiedział odstawiając butelkę z winem na podłogę – jeśli ci to ułatwi pojmowanie. A moja rola jest prosta: pomagać, służyć, przekazywać wiedzę.
-Rozumiem – powiedziałem czując się jak mały chłopczyk pouczony przez starszego brata – ale nie rozumiem, dlaczego jedni są gotowi, a inni nie. Z czym się to wiąże i po czym poznaje?
-Czy masz swą filozofię życia, wiary, istnienia? – odpowiedział pytaniem na pytanie Przewodnik.
-Tak, mam – odparłem.
-Czy chcesz poznać prawdę, która być może zburzy twój światopogląd, rozsypując go w drobny mak? – spytał Przewodnik.
-Proszę bardzo – zgodziłem się – wiele rzeczy wpływało już na mnie, wiele odrzuciłem, wiele przyjąłem. Skoro to ma być prawda, chętnie posłucham.
-To może tak w skrócie, gdyż czas nam będzie zaczynać naszą operację magiczną, by wino się nie zepsuło – Przewodnik poprawił kołnierzyk od koszuli i chrząknął.
-Otóż ludzie – rozpoczął opowieść – od początków wymyślali i tworzyli sobie i tylko sobie przeróżnych bogów, by dzięki nim doświadczyć swego pochodzenia. I nigdy tego nie osiągnęli, gdyż ich bogowie byli tak samo ziemscy jak i oni i nie potrafili oderwać się od swej cielesności.
Ale On był, jest i będzie. On, który to tworzy, daje życie i je zabiera. Umownie możemy nazwać go Wszechumysłem, choć są tacy, co nazywają go ELEILL. On nie ma ciała, nie ma i nigdy nie miał. Istnieje w próżni, w otchłani – w niej i poza nią, czyli w świecie tak zwanym „realnym” też.
On dzieli się, mnoży, jest wszechmatematyka, wszechemią i wszystkimi naukami naraz i z osobna. Jest Jednością i jest Dziesiątką. Nie ma ograniczenia, gdyż mówiąc o Nim innego słowa użyć nie można. Tworzy przeróżne światy, podświaty, nadświaty.. Tworzy i niszczy. Wciąż się buduje i rozwija, dzieląc się na mniejsze formy, które po skończonej swej, nazwijmy to „misji”, powracają do Niego. Jednoczą się z Nim, budując Jego i wzbogacając Jego. Każda cząstka zrzucona w dół jest dokładnym odbiciem tego, co w górze. Spada z pewnym bagażem doskonałości i wraca jeszcze bardziej doskonała. Niekończący się proces, tak jak i On sam. Dlatego nic, co na ziemi nie jest bez potrzeby, a każda nauka, choćby chłopa w chlewie przy świniach, buduje Jego. Wariacji są miliony..
Owe cząstki, im doskonalsze wracają, tym większe prawdopodobieństwo jest, że już nie zostaną zrzucone. Męczące jest to czasem dla nich, powtarzająca się wciąż reinkarnacja, więc starają się za wszelką cenę zabrać jak najdoskonalszy bagaż z takiej podróży lub z kilku.
On jest jak okrąg otoczony coraz to szerszymi pierścieniami. Im bliżej jądra, tym doskonalsza forma, im dalej, tym więcej musi się owa forma doskonalić. To tylko słowne wytłumaczenie Jego i procesu nieskończoności, gdyż On ciała nie ma, nie istnieje i końca też nie ma.
Przewodnik zamilkł biorąc do ręki kielichy i delikatnie kołysząc nimi.
-Ciekawa teoria – powiedziałem lekko zdziwiony – a czy ludzkość o tym wie i co będzie jak im to przekaże?
-Może i wie, może nie chce wiedzieć czy wierzyć – odparł stawiając kielichy – a przekazać możesz, nie zdziw się jak odrzucą to, co im powiesz lub nazwą cię szarlatanem, wywrotowcem, obłąkanym czy jak tam chcą.
-Dlaczego?
-Bo ludzkość chce bardziej namacalnych, cielesnych dowodów, które można dotknąć czy polizać – wyjaśniał Przewodnik – to co im opowiesz wyda się dla wielu kompletną bzdurą. I będą mieli rację..
-Rację? – aż krzyknąłem ze zdziwienia.
-Tak, rację, gdyż potrzebują materii – potwierdził Przewodnik – cielesność ich zniewala i przytłacza, po co im więc coś więcej niż niematerialne, lotne, nierzeczywiste?
-A co ma do tego stanie się i przekroczenie otchłani?
-Stanie się to nic innego jak poznanie – objaśniał Przewodnik – doświadczenie niematerialnego i niewyobrażalnego. To, o czym nawet nie śniłeś i nigdy byś nie wymyślił. Ty, ani inne miliony. Cielesność grzechu ogranicza poznanie, wiedzę i stawanie się. Otchłań dzieli oba światy. Lustro jest symbolem. A przekroczenie może być zarówno nieodwracalne, jak i można stamtąd powrócić odmienionym, bogatym.
-Rozumiem i jak mówiłem, jestem gotów.
Przewodnik wstał i ruszył po trzeszczących deskach podłogi na środek pokoju. W specjalnych stojakach zamocował i zapalił jedenaście kadzideł. Ich cudowna woń po krótkim czasie wypełniła delikatnymi smugami dymu cały pokój docierając i do mego nosa. Byłem pod wrażeniem. Nigdy w życiu nic nie pachniało tak dostojnie i nieziemsko jak woń tych pałeczek.
Gdy już kadzidła się tliły, Przewodnik zwinął starannie w rulon potężny dywan, pod którym kryły się przedziwne magiczne znaki, koła gwiazdy, krzyże i słowa, że nawet ich nie potrafiłem odczytać, czy znaczenia odgadnąć. Wielokolorowa magiczna mozaika, wśród której wyróżniała się wielkich rozmiarów pięcioramienna gwiazda z kręgiem po środku. Krąg ten był czerwony, a wnętrze miał czarne, gdzie złotą farbą namalowany był heksagram.
- Podejdź, pomożesz mi przenieść dywan pod okno – powiedział Przewodnik wyciągając prawą dłoń w moim kierunku.
Dopiero jak zbliżyłem się, dostrzegłem, co jest narysowane, wyryte i napisane w całej tej układance.
Dookoła pięcioramiennej gwiazdy biegł okrąg, na którego otoce wypisane były HADITH oraz NVITH. Wewnątrz znajdowała się jeszcze jedna gwiazda, jedenastoramienna, której w pierwszej chwili nie zauważyłem, gdyż była pociągnięta delikatnie srebrną farbą. Pomiędzy jej ramionami, gotykiem wypisane były imiona bogów, których znałem ze starych ksiąg. Między innymi zauważyłem kilka znanych mi imion: PATH, OSIRIS, THOTH, HATHOOR, RA, HORUS. Pod każdym z tych imion znajdowały się cyfry oraz jakieś słowa zapisane w przedziwnym języku.
-To chyba hebrajski – pomyślałem układając dywan pod oknem.
Dookoła heksagramu znajdowało się, w symbolicznym zapisie, dwanaście znaków zodiaku, natomiast wewnątrz siedem alchemicznych symboli. Sześć na każdy róg i jeden na środek.
-Rozbierz się do naga – powiedział Przewodnik, po czym sam począł się rozbierać.
Zdjęliśmy obrania i obmyliśmy swe ciała w łazience. Gdy wytarty do sucha wróciłem do pokoju, Przewodnik już tam był, trzymając niewielki dzbanuszek ze złocistym płynem. Jak się po chwili okazało, był to znany mi Olejek Maga Abramelina.
-Namaść wszystkie swe energetyczne punkty na ciele – powiedział Przewodnik, po czym sam namaścił swoje.
Również to uczyniłem, powoli i starannie tak, jakbym robił to po raz ostatni w życiu.
-Za tobą leży szata – powiedział Przewodnik przywdziewając swoją – odziej się.
Szata była niczym innym jak płócienną, długą aż do stóp, koszulą, szyta w kształcie litery T. Na piersi przyszyty był purpurowy trójkąt, skierowany ostrzem w dół.
-Musimy teraz przenieść to lustro ze ściany i postawić po środku – instruował mnie wskazując na środek kręgu.
Skinąłem głową.
Lustro okazało się dość ciężkie i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu.. dwustronne. Druga strona lustra, która do tej pory znajdowała się przy ścianie była niemal identyczna z tą odsłoniętą. Różnica polegała na tym, że ludzie wyobrażeni na ramie, czołgali się czy też może spadali wzdłuż łuku zamykającego sklepienie ramy ku jej dołowi.
Ustawiliśmy lustro dokładnie po środku okręgu, po czym stanęliśmy na jego obrzeżach.
-Musimy wykonać teraz razem i w miarę równocześnie Mniejszy Rytuał Pentagramu oraz Mniejszy Rytuał Heksagramu. Czy znasz je? – spytał Przewodnik, choć znał moja odpowiedź.
-Tak, oczywiście, że znam.
-Czy jesteś gotowy? – spytał.
-Tak, jestem.
-Czy taka twa wola? – spytał znów.
-Tak i nie inaczej.
-Czy jesteś? – spytał po raz trzeci.
-Tak jestem ja – odparłem.
Gdzieś za nami rozległ się głos dzwonka, którego delikatne uderzenie dwadzieścia trzy razy zawibrowało pomiędzy ścianami pokoju.
Wykonując równocześnie te same ruchy dotknęliśmy jak na komendę czoła.
-ATEH – wypowiedzieliśmy równocześnie półgłosem.
Następnie dotknęliśmy piersi, mówiąc:
-MALKUTH
po czym prawego ramienia, mówiąc:
-VE-GEBURAH
i lewego, mówiąc:
-VE-GEDULAH
następnie skrzyżowaliśmy ręce na piersi, mówiąc:
-LE-OLAM
-AMEN.
Po tych słowach obaj schyliliśmy się po różdżki, które leżały przy nas owinięte w płócienne obrusy. Rozwinęliśmy je i obróciliśmy na wschód nasze twarze. W powietrzu płynnym ruchem wykonaliśmy znak gwiazdy, wibrując Imię Boga:
Y (YOD)
H (HE)
V (VAU)
H (HE)
następnie zwróciliśmy się na południe i postępując podobnie wibrowaliśmy Imię:
-ADNI
potem zwróciliśmy się ku zachodowi:
-AHIH (EHEIEH)
po czym na północ:
-AGLA.
Znów stanęliśmy bokiem do siebie i rozłożyliśmy swe ramiona na kształt litery T mówiąc:
-Przede mną RAFAEL, za mną GABRIEL, po prawicy MICHAEL, po lewicy AURIEL. Dookoła mnie płonie pentagram, a na filarze stoi sześcioramienna gwiazda.
Następnie powtórzyliśmy czynności z początku rytuału, kończąc słowami:
-AMEN
Gdy tylko je wypowiedzieliśmy, rozległ się delikatny gong. Weszliśmy do okręgu.
Wciąż stojąc do siebie bokiem, rozpoczęliśmy kolejny rytuał. Już nie myślałem o Przewodniku, ani o tym, by wykonać to równo wraz z nim.
Dym delikatnymi smugami ścielił się na podłodze. Wędrował, błądził. Przybierał kształty i znikał. Kadzidła płonęły, co jakiś czas delikatnie skwiercząc.
Stanąłem wyprostowany, ze złączonymi stopami. Prawe ramię trzymałem wzdłuż ciała, a w dłoni swą magiczną różdżkę, lewe ramię trzymałem przy boku. Obracając się ku wschodowi wypowiedziałem:
I (YOD)
N (NUN)
R (RESH)
I (YOD)
Panna – Izyda – Potężna Matka
Skorpion – Apofis – Niszczyciel
Słońce – Ozyrys – Zabity i Powstały
Izyda – Apofis – Ozyrys
I.A.O.
Po czym rozłożyłem ramiona w kształcie litery T, mówiąc:
-Oto znak Zabitego Ozyrysa
by po chwili przejść do innej pozy. Uniosłem prawe ramię do góry, podczas gdy lewe ramię było uniesione prostopadle do tułowia. Wówczas odwróciłem głowę w lewą stronę patrząc na lewe przedramię, powiedziałem:
-Oto znak Izydy Żałobnej
po czym wzniosłem w górę ręce tworząc z nich V i odchylając do tyłu głowę wypowiedziałem:
-Oto znak Tyfona i Apofisa
Po tych słowach skrzyżowałem ręce na piersiach i pochyliłem głowę do przodu, mówiąc:
-Oto znak Powstałego Ozyrysa
by po chwili znów je rozłożyć w kształcie litery T, wypowiadając:
L (EL)
V (VI)
X (EX)
Światło w rozciągnięciu.
po tych słowach znów skrzyżowałem ręce na piersiach, mówiąc:
-Światło Krzyża.
Wyciągając przed siebie magiczną różdżkę zakreśliłem na wschodzie heksagram ognia, głośno mówiąc:
-ARARITA.
Czynność tą powtórzyłem dla innych kierunków. Na południu – dla ziemi, na zachodzie – dla powietrza i na północy – dla wody. Cztery żywioły były zakreślone, każdy swoim heksagramem i przypieczętowane słowem, które oznaczało: „Jeden jest jego początek, jedna jest jego indywidualność, jedna jest jego przemiana”.
Gdy to uczyniłem, powtórzyłem od początku wszystkie pozy-znaki.
Moja rola w rytuale była zakończona, jak się za chwile dowiedziałem.
-Weź do ręki puchar, a w drugiej trzymaj swą różdżkę – poinstruował mnie Przewodnik – stań teraz po tamtej stronie lustra. Ja będę po tej, gdyż jestem z tamtego wymiaru. Ten rytuał poprowadzę teraz sam. Ty patrz w lustro dotąd, dopóki mnie nie zobaczysz. Jeśli już ujrzysz, przekrocz je w stosownym momencie, gdyż ciałem z pewnością już nie będziesz.
-Rozumiem – powiedziałem – stając przed lustrem.
Lustro błyszczało delikatną, błękitną barwą.
Przyjrzałem się dokładnie sobie. Drobne zaniepokojenie odbijało się na mej twarzy. Jednak dzika ciekawość, czająca się wewnątrz mnie, była silniejsza. Ciekawość poznania oraz wola stawania się. Tak długo czekałem na tą chwilę. Spojrzałem sobie prosto w oczy.

Oczy patrzyły na mnie przenikliwie. Diabeł czekał.
-Nie, nie wiem – ciągnąłem dalej – strzępy myśli, coś majaczy, coś się przypomina i przebija przez zasłony niepamięci. Nie.. nie pamiętam.
-Może nie chcesz pamiętać? – spytał Diabeł.
-Może..
-Postaram cię naprowadzić – rzekł Diabeł uśmiechając się.
-W zamian za jajo? – spytałem.
-Szczerze mówiąc, gdybym był złośliwy, to nie chciałbym zabierać ci tego jaja – tłumaczył się Diabeł – ale po pierwsze, ono jest moje, a po drugie, w rękach śmiertelnych zabija ich prowadząc do obłąkania.
-A czym jest to jajo? – zapytałem.
-O tym za chwilkę – rzekł Diabeł – możesz je spokojnie odłożyć na bok i nie trzymać tak kurczowo w dłoniach. Chyba nie boisz się diabła?
-Nie, nie boję się. Diabły nie istnieją – odparłem i nie spuszczając wzroku z jaja, położyłem je przed sobą.
-No i masz rację – odparł mężczyzna.
Podniosłem wzrok. Diabła już nie było, a na jego miejscu siedział starzec z długą, śnieżnobiałą brodą. Twarz miał pomarszczoną przez życie, a głowę dokładnie wygoloną.
-A ty, kim jesteś? – spytałem
-A czy to ma jakieś znaczenie – powiedział starzec.
-No, wolałbym wiedzieć, z kim mam do czynienia, a poza tym, osoba, która tu była przed chwilą, obiecała mi coś wyjaśnić.
-Osoba nie istnieje – rzekł starzec – sam powiedziałeś.
-Ja? Ja tak powiedziałem? – zdziwiłem się.
-Tak, powiedziałeś, że diabły nie istnieją, no i miałeś rację. To wytwory fantazji lub raczej ludzkiego strachu.
-Przybrałeś więc, diable, inną postać bym ci zaufał – syknąłem.
-Nie, nie jestem diabłem, a formy też nie mam.
-To kim u licha jesteś? – zdenerwowałem się.
-Twoją myślą – odparł starzec.
-Gadasz głupoty – powiedziałem znów biorąc jajo do rąk – a ja teraz myślę o pięknej, młodej blondynce – dokończyłem po chwili.
Rysy twarzy starca złagodniały, broda znikła, cofając się wzdłuż długich włosów, w twarzy. Z głowy wystrzeliły białe, niczym śnieg włosy. Starzec stał się kobietą.
-Ja chyba śnię.. – powiedziałem, powoli wypuszczając jajo z rąk – jesteś kobietą i mężczyzną?
-Nie – odparła kobieta – ja jestem.
-Ale musisz mieć jakąś płeć.
-A czy to jest obowiązkowe – spytała kobieta poprawiając swe włosy.
-Chyba tak – powiedziałem niepewnie – ja od urodzenia jestem mężczyzną.
-Płeć nie jest ważna – powiedziała uśmiechając się – w łonie matki płci nie masz w chwili stworzenia, dopiero, gdy stajesz się, nabierasz cech właściwych kobiecie, a później mężczyźnie.
-Ale teraz.. teraz jestem mężczyzną.
-Gdybyś nie blokował siebie wewnątrz – objaśniała – byłbyś kobieto-mężczyzną. Zrozumiałbyś wtedy wiele rzeczy. Docenił kobiety i potępił mężczyzn. Potępił kobiety i docenił mężczyzn. Równowaga.
-Dziękuję, wolę być mężczyzną. W tej postaci też doceniam kobiety – odparłem.
-Twoja wola, jeśli z tym dobrze się czujesz, ale może zrozumiesz niebawem to, co mówiłam.
-No dobrze, a może teraz coś o jaju? – spytałem, wskazując na nie.
-Skoro obiecałam – uśmiechnęła się kobieta pokazując przy tym swe białe, równe zęby – dokładnie to jajo też nie istnieje, jest tylko wyobrażeniem tego, co twój umysł nie potrafiłby objąć, a tak pod tą postacią, jajo-symbol obrazuje otchłań.
-Otchłań? – zdziwiłem się.
-Tak otchłań, którą chcesz przekroczyć zgodnie ze swą wolą, by stać się. Jednak jest to niebezpieczna operacja, gdyż można z niej nie powrócić o zdrowych zmysłach lub można też zginąć pożartym przez demony niebytu.
-Przecież demony nie istnieją – kpiłem.
-Owszem, ale nie posiadam słów na odniesienie czegoś, czego ludzki umysł w ciele nie potrafi pojąć, czego nie widział nigdy w życiu i raczej nie zobaczy. Demon to uniwersalne słowo, tak samo jak niebyt. Zostać pożartym to straszna śmierć, jednak nie dla ciała, nie. Dla ducha.. Dlatego – kontynuowała kobieta – potrzebny ci przewodnik, który przeprowadzi cię. Jak zauważyłeś jajo wzbudza pożądanie u demonów. Jeden już się pojawił. Na szczęście to był głupi, że tak się wyrażę, diabełek, który zginął dotykając okręgu. Ale był! – kobieta podniosła głos – Poczuł jajo w ludzkiej dłoni. Mimo ochrony okręgu. Ja też poczułam. Będąc daleko od tego miejsca poczuła i przybyłam po swą własność. Jednak widzę, że przygotowujesz się do przekroczenia otchłani. Ktoś ci pomaga? – zapytała na koniec.
-Biała Dama – odparłem z dumą.
-Ach tak, mogłam się domyśleć – powiedziała kobieta – wysłanniczka ELEILLA i Pani Przewodników.. Hm, musi coś w tobie być skoro ona sama osobiście ci pomaga..
-Nie wiem, może to, że jestem magiem?
-Ha, ha, ha.. – zaśmiała się ona – magów jest pełno, a najwięcej tych, co magami się tytułują, a są zwykłymi nieszczęśnikami. Magiem, dla mnie, jest się od urodzenia, a nie z kaprysu – zakończyła już z poważną miną.
-Czyniłeś już coś w przeszłości? – zapytała po chwili.
-Tak, wiele rzeczy, wiele operacji magicznych. Były porażki, ale były i sukcesy – powiedziałem.
-Ale musiała być jakaś operacja magiczna, która wzbudziła zainteresowanie, twą nieszczęsną postacią ludzką, samej Białej Damy i Przewodnika.
-Nie wiem, nie pamiętam. Przypominają mi się fragmenty z życia. Rozmowy z duchami z lat dziecięcych, kiedy nawet o magii nie słyszałem chyba, że w bajkach – odparłem.
-Jako dziecko rozmawiałeś już z duchami? – kobieta była pełna zachwytu, aż zdawało się, że urosła w oczach.
-Tak – odpowiedziałem – dość często.
-I wszystko jasne – kobieta aż klasnęła w dłonie – jesteś wybrańcem duchów. To one ciebie wskazały.
-Żartujesz sobie ze mnie?
-Nie! – kobieta odparła uroczyście aczkolwiek stanowczo – Jajo jest twoje. Masz je ode mnie w prezencie. Skoro taka jest wola duchów, ja nie jestem władna jej zmieniać..
-Czy masz już wybranego Przewodnika? – spytała po chwili milczenia.
-Chyba nie. Wszystkiego uczyła mnie Biała Dama. Nawet nie wiem gdzie jestem. Także Przewodnik byłby tu pomocny – powiedziałem rozglądając się.
-Nie martw się. Wszystko w swoim czasie – uśmiechnęła się kobieta – a jeśli ci to pomoże, to jesteś w próżni zawieszony. Jest to stan oczekiwania, próby, a także czyszczenia cielesności umysłu. Umieraj więc w spokoju. Zostawiam cię samego. Popraw swój okrąg magiczny, może się jeszcze przydać. Ja odchodzę. Żegnaj człowiecze – powiedziała, po czym zbladła i znikła niczym obraz wyświetlany na ekranie kina.
-Żegnaj – odparłem smutno.
Zostałem sam.
Poprawiłem uszkodzony fragment okręgu, po czym usiadłem pośrodku, nie wiedząc co począć. Bałem się opuścić okrąg, bo nie wiedziałem co jest poza nim i czy w ogóle istnieje powierzchnia po której można stąpać. Nie znałem też istot znajdujących się poza okręgiem, niewidocznych, a z pewnością czekających na mnie, z niekoniecznie przychylnym nastawieniem. Tu czułem się bezpiecznie.
Jajo położyłem przed sobą, gdyż stało się za bardzo ciężkie. Jakby z ołowiu. Ścisnąłem w dłoni mocno różdżkę, usiadłem krzyżując nogi, po czym zamyśliłem się.
W dalekim rozmyślaniu kątem oka ujrzałem pięknego motyla, którego wielobarwne skrzydła delikatnie przemierzały otchłań. Motyl tańczył, niczym kobieta kusząca mężczyznę. Unosił się, opadał, zdawał się odlatywać w dal, to znów przybliżał się. Już miałem wstać, by doń się zbliżyć, gdy motyl w swym tanecznym locie dotknął skrzydłami przestrzeni nad okręgiem. W przeraźliwym syku spłonął. Płonące skrzydła spokojnie spadały kołysząc się, niczym liście jesienne.
Zrobiło się mi smutno.
Kupka popiołu pozostała z tak pięknego owada.
Zbliżyłem się na czworaka, niczym dziecko, do krawędzi okręgu i delikatnie dmuchnąłem. Popiół uniósł się rozproszony. Zawirował i znów połączył. Motyl jak gdyby nigdy nic, odfrunął. Wstałem z kolan i wróciłem na miejsce. Moje zdziwienie było wielkie, gdy spostrzegłem, że jajo znikło. Nie, jest! Roztopiło się i niczym rtęć rozlewało cieniutkimi stróżkami w różnych kierunkach.
Nagle, jakaś potężna siła jednym uderzeniem zwaliła mnie z nóg. Upadłem na twarz, ale różdżki z rąk nie wypuściłem. Szybko obejrzałem się w tył. Olbrzymi wąż przekroczył okrąg i zwinięty w kłębek z uniesioną głową obrzydliwie syczał. Wyglądał potwornie. Był cały zielony w żółto-brązowe plamy, ociekał śluzem, który ściekał powoli skapując na ziemię. Łeb, wielkości końskiej głowy, był potwornie zniekształcony przez jakiś trąd. Oczy, niczym ogień w hutniczym piecu, płonęły. Z pyska sączył się jad, który kapiąc na ziemię, palił ją skwiercząc i dymiąc przy tym. Wąż kiwał się to w przód to w tył.
-Szykuje się do ataku – zdążyłem pomyśleć, gdy znów od tyłu otrzymałem potężny cios.
To jego ogon, od tyłu uderzył mnie w plecy. Upadłem, jednak nie tak niefortunnie jak na początku. Od razu wykonałem unik, turlając się w lewo. Wąż w tym samym momencie zaatakował. Otwierając szeroko swój pysk wykonał śmiertelne pchnięcie jadowitych kłów, które było wymierzone w mą osobę.
Było tak silne, iż kły wbiły się w ziemię. Podskoczyłem i z całej siły oburącz wbiłem różdżkę między jego oczy, przybijając go tym samym do ziemi pośrodku okręgu. Wąż zawył przeraźliwie. Krzyk był tak niesamowity, że musiałem zatkać swe uszy, by mi bębenki nie popękały. Z oczu jego popłynęły brunatne łzy. Wił się przeraźliwie, walił ogonem o ziemię, jednak nie zdołał się uwolnić. Różdżka pulsowała białym światłem. Wąż coraz słabiej uderzał ogonem na boki. Uchylając się przed ciosami oddaliłem się i z daleka przyglądałem się jego konwulsyjnym ruchom.
Ciecz-rtęć z jaja pryskała na wszystkie strony. Okrąg rozpadł się.
-Szybki jesteś – powiedział ciepły kobiecy głos.
Odwróciłem się. To była Biała Dama.
-Gdzie byłaś, czemu mi nie pomogłaś?! – dysząc zaatakowałem ją pytaniami.
-Nie mogłam ci pomóc – kobieta mówiła powoli, spokojnym głosem – nie mogłam, choć chciałam. Z 333 nie ma żartów, to Pan i Władca Progu Otchłani. Strażnik. Demon 451.
-Kto? – zdziwiłem się, gdyż znów słyszałem cyfry, nie słowa.
-To był sam CHVRVNZVN we własnej osobie.
-Nie możliwe! – aż krzyknąłem ze zdziwienia – to był ten straszliwy Demon Choronzon?!
-Tak.
-I jak go pokonałem? Zabiłem? – nie mogłem uwierzyć – toż to nie możliwe!
-Nie, nie zabiłeś, jedynie pokonałeś. Teraz możesz przekraczać otchłań. Możesz poznać zakazane. Stać się i objawić. Sam przed sobą i przed tobą – powiedziała Biała Dama.
-Ale Diabeł coś wspominał o Przewodniku.. – powiedziałem nieśmiało.
-Diabeł?
-Tak, był tu po swoje jajo – odparłem przyglądając się zwłokom Węża Choronzona. Były już martwe. Powoli rozkładały się i rozpadały wsiąkając w ziemię.
-Owszem, to było jego jajo, ale od wieków już nie jest – objaśniła kobieta – dziwie się, że tu przybył..
-Ja również..
-Dostaniesz Przewodnika, boś nań zasłużył. On przybędzie do ciebie, zgodnie z umową. Spotkasz go w kawiarni o nazwie KNOX OM PAX. Wyślę tam najlepszego Przewodnika. OREB jego imię.
-A jak go rozpoznam? – zapytałem.
-Rozpoznacie się – uśmiechnęła się ona – Gwiazdy zawsze się rozpoznają, gdyż świecą blaskiem Jedynego Słońca.
Uśmiechnąłem się również, jednak uśmiech nie wyszedł mi zbyt radośnie, gdyż ból pleców od ciosów Demona Otchłani dawał o sobie znać.
-Coś się stało? – spytała Pani.
-Nie, nic. Muszę tylko rozmasować obolałe plecy po walce z tym tam – wskazałem głową na miejsce po ciele węża.
-Co to? – spytała nagle Biała Dama, przekrzywiając lekko głowę, jakby coś usłyszała.
-E? – zdziwiłem się.
-Słyszałam głos dzwonka.
-Nie, chyba ci się zdawało – odparłem również nasłuchując – ja nic nie słyszę.
-Podejdź bliżej – poprosiła mnie.
Zrobiłem kilka kroków. Rzeczywiście, gdzieś w pobliżu dawał się słyszeć słabiutki dźwięk dzwoneczka.
-Co tam masz w kieszeni? – spytała kobieta.
-Aa… – doznałem olśnienia – mam tu czapeczkę pewnego krasnala, który zgubił ją. Poczęstował mnie pewnym trunkiem, po którym miałem doświadczyć poznania słów, a potem zniknął tak nieudolnie, że zgubił ją – podałem Pani czapeczkę zakończona dzwoneczkiem.
-Krasnal LASZON – zaśmiała się – władca mowy i słów. Pewnie ze starości pomylił receptury i przygotował za słaby wywar.
-Do pioruna, mógł mnie zabić! – krzyknąłem.
-A któż ci kazał to pić? – zapytała – czy pijesz, od każdego napotkanego krasnala, wywar jaki ci podadzą?
Zmieszałem się.
-No nie, ale jakaś siła pchała mnie ku temu, by to wypić – tłumaczyłem się.
-Teraz rozumiesz, że nie mogłeś usłyszeć wszystkich słów, jakie słyszałeś – powiedziała Biała Dama – tylko cyfry. Litery i cyfry, cienie słów.
Za jej plecami rozlane jajo poczęło powoli parować. Mgiełka unosząca się była bardzo rzadka jeszcze, delikatna. Jednak grupowała się w większe obłoki, gęstniała, przybierając przeróżne formy, postacie. Barwy ścigały się po jej kłębach, zmieniając miejsca, twarze. Dymy powoli stawały się ciałami stałymi, zagęszczone, skupione w jednym istnieniu. Być.
Świat wokół nas stworzył się. Znów byliśmy w tym samym ogrodzie. Jak na początku, gdy się poznaliśmy. Resztki mgiełki, jaka pozostała, pachniało mirrą.

Kadzidło na palenisku dogasało, żarząc się ostatnimi oddechami.
Przewodnik rozpoczął swoja misję słowami:
„Przywołuje Ciebie, Nienarodzonego
Ciebie, któryś stworzył Ziemie i Niebiosa
Ciebie, któryś stworzył noc i dzień
Ciebie, któryś stworzył ciemność i światło
Ty jesteś stworzoną z siebie doskonałością
Nie widział Cię nigdy żaden człowiek
Ty jesteś prawdą w materii
Ty jesteś prawdą w ruchu
Ty rozróżniasz to, co słuszne i niesłuszne
Ty stworzyłeś kobiecość i mądrość
Ty wytworzyłeś nasiona i owoce
Ty nauczyłeś ludzi miłości i nienawiści
ELEILL, to jest Twoje Prawdziwe Imię przekazane prorokom
Wysłuchaj mnie-
AR
ThIAF
RhEIBET
A-ThELE-BER-SET
A
BELAThA
ABEU
EBEU
PhI-ThETA-SOE
IB
ThIAF
Przywołuję Ciebie-
AR-O-GO-RU-ABRAO
SOTOU
MUDORIO
PhALARThAO
OOO
AEPE
Wysłuchaj mnie-
RU-ABRA-IAF
MRIODOM
BABALON-BAL-BIN-ABAFT
ASAL-ON-AI
APhEN-IAF
I
PhOTETh
ABRASAX
AEOOU
ISChURE
Przywołuję Ciebie-
MA
BARRAIO
IOEL
KOThA
AThOR-e-BAL-O
ABRAFT
Wysłuchaj mnie-
AFT
ABAFT
BAS-AUMGN
AUMGN
ISAK
SA-BA-FT
Wysłuchaj mnie-
IEOU
PUR
IOU
PUR
IAFTh
IAEO
ABRASAX
SABRIAM
OO
FF
ADON-A-I
EDE
EDU
ANGELOS TON ThEON
ANLALA
LAI
GAIA
AEPE
DIATHARNA THORON
ELEILL!”
Po tych słowach usłyszałem jedenaście razy dźwięk dzwonka, który swym spokojnym głosem zabrzmiał. Lustro jednak pozostawało martwe. Widziałem wciąż tylko siebie.
Przewodnik zaś kontynuował mowę:
„Oto są słowa modlitwy- O Dziecię
Święte Twe imię i nieskalane!
Rządy Twe pewne; wola spełniona,
Oto jest chleb, a oto krew.
Unieś mnie poprzez noc ku Słońcu!
Zbaw mnie ode złego i dobrego!
Albowiem Ty jeden królujesz nad wszystkimi Dziesięciu
W tej chwili i tutaj bądź moje
Amen
Ja jestem Prorokiem Twoim, któremu powierzyłeś swoje misteria i ceremonie
Ty stworzyłeś wilgoć i suchość oraz to wszystko, co żywi wszelkie stworzone życie
Wysłuchaj mnie, albowiem jestem aniołem Twoim”.
Skończywszy Przewodnik włożył pierwsze stożkowe ciasteczko w ogień kadzielnicy mówiąc:
„Spalam ciastko-kadzidło
Wielbię Twoje imię”
Po czym jedenaście razy znów zabrzmiał dzwoneczek, a Przewodnik rozciął sobie sztyletem bok, z którego popłynęła krew. Jego ręce rozłożone były w pozycji litery T.
„Spójrz na moja krwawą pierś
Rozciętą znakiem sakramentu”
Przewodnik podniósł drugie ciastko i przyłożył sobie do krwawiącej rany.
„Tamuje krew: hostia nią przesiąka
Wysoki kapłan wznosi Inwokację”
I wtedy lustro zamigotało. Moje odbicie rozmyło się i jak przez mgłę dostrzegłem Przewodnika, który podawał mi ociekające krwią ciastko. Jego ręce, jak przez tafle wody przeszyły lustro i pojawiły się po mojej stronie. Wziąłem ciastko i wsadziłem do ust. Nawet nie czułem smaku krwi.. Smak wydawał mi się ziemsko znajomy. Miód.
Przewodnik mówił dalej:
„Ten oto chleb spożyłeś. Tej przysiędze ślubując
Płoń cały w modlitwie:
Nie ma łaski: nie ma grzechu:
Oto jest Prawo: CZYŃ SWOJĄ WOLĘ!”
Znów rozległ się głos dzwonka, a Przewodnik podniesionym głosem wypowiedział:
„ABRAHADABRA”
Lustro znikło. Widziałem teraz wyraźnie Przewodnika. No, może jak przez szybę, wodnista szybę, która lekko falowała, co jakiś czas. Za Przewodnikiem nie było nic. Nie było pokoju, mebli, ani półmroku, który był po mojej stronie. Za to pojawiało się za jego plecami coraz to bardziej jasne światło. Przewodnik, jak w zwolnionym tempie, recytował:
„Wstąpiłem z niedoli, a teraz z mirrą
Odejdę i z dziękczynieniem
By móc żyć w rozkoszy
Pośród legionów tych, co są żywi
Co przekroczyli, co stali się”
Światło było coraz bardziej jasne. Blask był prawie nie do zniesienia. Pożerał moje oczy. Postać Przewodnika tonęła w nim, aż po chwili znikła zupełnie. Rozpuściła się w nim.
Dotknąłem tafli. Lustro nie miało powierzchni. Światło, ciepłe i miłe otoczyło moja dłoń.
-Teraz – pomyślałem i nie czekając na drugą myśl, która mogła okazać się strachem, uczyniłem krok naprzód.
Przeniknąłem lustro, zanurzając się w jego świetlistym wnętrzu.
Rozpuściłem się cieleśnie. Zniknąłem. Zjednoczyłem sam z sobą. Z nim. Umarłem odradzając się.
Nie posiadałem już ciała, choć czułem je, poruszałem się. Nie posiadałem oczu, choć widziałem. Nie posiadałem umysłu, choć byłem świadom. Ja i miliony…

Akszugor
/05. Maj – 07. Wrzesień 2003 r./

W opowiadaniu wykorzystano:
-Liber XLIV Msza Feniksa (fragmenty)
-Liber O vel Manus et Sagittae (Mniejszy Rytuał Pentagramu oraz Mniejszy Rytuał Heksagramu)
-Liber Samekh (fragmenty)
wszystkie w tłumaczeniu Dariusza Misiuny
-Księga Jecirah. Klucz Kabały, w przekładzie M. Prokopowicza, Warszawa 1994 (fragment).

20. Septeemberis 2003 r.

Dis deeinaa buutwei Laankins – Swintintunis Herkus Monte Gals.
Monte – Pruusiskas amzins pawijrpintajs, aulauutws kaaigi Waaldwika, Debfirsts Pruusa.
Pawijrpingis peer Gijwatas, pawijrpingis pa Galis.
Girsnaa Din emmenis!

Mediandeijws Akszugor

FLAG_P.GIF
Herkus Monte – pruski bohater narodowy

W XIII wieku Krzyżacy zaatakowali Prusów w ich ojczyźnie. Podbój rozpoczął się od przybycia w 1228 r. zaledwie trzech rycerzy-zakonników. Opór Prusów był początkowo staby. Pierwszą ziemią opanowaną przez rycerzy krzyża byta Pomezania (okolice dzisiejszego Kwidzyna). Stąd, po bitwie nad rzeką Dzierzgonią w 1234 r, ruszyli Krzyżacy na północ. W zdobyciu Pomezanii dopomogli im walnie niemal wszyscy książęta polscy – Konrad Mazowiecki, Henryk Brodaty, Świętopełk. Kolejnym łupem Krzyżaków padła Pogezania, tu w 1237 r założyli gród Elbląg. Dalej szykowali się do ataku na Warmię. Na pomoc Zakonowi przybyli rycerze z Niemiec, którzy opanowali nadmorską Bałgę. Następnie, z wybrzeża, Krzyżacy spróbowali po raz pierwszy wedrzeć się w głąb Prus – tak została zaatakowana Natangia. Wtaśnie na jej terytorium powstał pierwszy zamek krzyżacki we wnętrzu kraju Bartenstein (Bartoszyce) w 1240 roku. Krzyżacy mieli później ogromne kłopoty aby go utrzymać.
W tym samym roku Prusowie rozpoczęli pierwsze powstanie. Jednak wyda-je się, że słowo „powstanie” może być w tym przypadku określeniem nieco na wyrost. Byt to raczej spontaniczny bunt spowodowany jakimś drastycznym zarządzeniem władz Zakonu. Ci z Prusów, którzy zostali już ochrzczeni – neofici, nie mieli zamiaru odchodzić od nowej wiary, natomiast reszta nienawróconej ludności szykowała się raczej do obrony niż do ataku.
Rok 1240 zaznaczył się, intensywnością zdarzeń w całej Europie. Azjatyckie stepy wyłoniły kolejną falę koczowników – hordy mongolskie, które pod wodzą Batuchana zniszczyły wtenczas Kijów. Na północy książę Nowogrodu Aleksander zwany Newskim rozbił Szwedów a dwa lata później pokonał na zamarzniętym jeziorze Pejpus Zakon Inflancki. Rycerze tego zakonu zwani też kawalerami mieczowymi od 1202 r. znajdowali się w kraju Liwów u ujścia Dźwiny (obecna Łotwa), a w 1237 r połączyli się z Zakonem Krzyżackim. Rozbicie w 1242 r. inflanckiej gałęzi Zakonu sprzyjało poczynaniom pruskim, podobnie jak atak księcia gdańskiego Świętopełka. Ten wcześniejszy sojusznik Krzyżaków nacierał teraz od zachodu na ich posiadłości. Inni książęta polscy konsekwentnie wspomagali Zakon i Prusowie ponieśli klęskę.
7 lutego 1249 w obecności legata papieskiego podpisano pokój w Christburgu (Kiszporku – obecnie: Dzierzgoniu). Na jego mocy Prusowie musieli zrezygnować z pogańskich obrzędów, wyrzec się wielożeństwa, święcić niedzielę, odbudować zniszczone kościoły- w Natangii do czasu wybuchu powstania zdołano erygować trzy chrześcijańskie świątynie i obiecać, że wszystkie przyznane im w trakcie prawa przysługiwać będą dopóty dopóki pozostaną wierni Kościołowi i Zakonowi. Niektórzy Natangowie nie uznali warunków ugody i zadali klęskę wojskom Zakonu pod wsią Kruki. Porażka powstrzymała na pewien czas pochód Krzyżaków ku Sambii. Wkrótce jednak przybyły posiłki z Czech, Moraw, Austrii i Brandenburgii. Pokonani Sambowie zostali zmuszeni do budowy u ujścia Pregoły na miejscu Tvangste twierdzy Królewiec (Königsberg). Gród został nazwany na cześć króla Czech – Przemysława II Ottokara, który wspierał orężnie braci zakonnych.
Jednakże po wielkich zwycięstwach różnych koalicji książąt niemieckich, polskich i czeskich umacniających władztwo Zakonu w Prusach nadszedł dla tego władztwa czas wielkiej próby. Oto bowiem z serca Natangii, z lesistej okolicy znajdującej się w pobliżu nie istniejącego jeszcze wtedy Górowa Ił. ruszył do walki odważny Herkus Monte.
Wywodził się on z warstwy natangijskich „nobiles” tj. szlachetnych, możnych. Urodził się w 1225 r. – był więc rówieśnikiem przybycia Krzyżaków do Prus. Za młodu wiele lat spędził w Magdeburgu. Znalazł się tam jako gość – zakładnik Zakonu będąc zapewne gwarantem porozumienia zawartego pomiędzy jego ojcem, jako przedstawicielem pruskiej starszyzny – dokładnie rodu Montemidów – a Krzyżakami. Pobyt w mieście nad Łabą zaznaczył się w jego życiu wielkimi zmianami m.in. otrzymał chrzest a wraz z nim imię Heinrich (Henryk). 250 lat wcześniej również w Magdeburgu w przykatedralnej szkole pobierał nauki Wojciech Sławnikowic – pierwszy misjonarz Prusów. Wyprawa Wojciecha w 997 r. zakończyła się klęską. Wkrótce po tragicznej śmierci w Prusach rozpoczęto proces kanonizacyjny zakończony przez papieża Sylwestra II przyjęciem Wojciecha w 999 r. w poczet świętych.
Herkus Monte zapoznawał się w Magdeburgu z kulturą zachodnią i chrześcijańskimi obyczajami. Magdeburg byt siedzibą arcybiskupa a jednocześnie miastem portowym – Łabą przypływały tu statki żaglowe, dokonywano przeładunków, rozwijał się handel. Wydaje się, że i Monte przybył do miasta drogą morską, krzyżacką kogą wracającą z podbijanych Prus. Pobyt w Magdeburgu zaowocował doskonałą znajomością języka niemieckiego, łaciny oraz podstaw rycerskiego rzemiosła. Owe zdobycze miały mu się wkrótce przydać w chwili wybuchu drugiego albo tzw. wielkiego powstania Prusów.
Monte wrócił jako rycerz hołdujący przymiotom należnym temu stanowi. Jednakże, jak wielu mu współczesnych, szybko dostrzegł wiarołomstwo Krzyżaków, a szczególnie niedotrzymywanie postanowień układu dzierzgońskiego. Racją istnienia Zakonu było bowiem kontynuowanie podboju, ekspansja, natomiast – gdyby nie punkt o bezwzględnym podporządkowaniu się ludności pruskiej władztwu krzyżackiemu, to umowa z 1249 r. łatwo mogła stać się zaczątkiem budowy chrześcijańskiego państwa w Prusach, ale bez udziału rycerzy-mnichów. Krzyżacy z całą premedytacją wykorzystywali fragment układu dzierzgońskiego wymagający od podbitej ludności posłuszeństwa narzucając jej trudne do spełnienia warunki. Czary goryczy dopełniło wymordowanie przez krzyżackiego wójta z Lenzenburga nad Zalewem Wiślanym – Volrada Mirabilisa, pruskiej starszyzny zaproszonej na negocjacje. Czyn ten miał miejsce w napiętym okresie, gdy władca Litwy – Mendog zerwał sojusz z Zakonem i począł wspomagać Żmudzi-nów. Ci ostatni zaś zadali poważne straty Krzyżakom nad jeziorem Durbe w Liwonii tj. w Inflantach, na północny wschód od Labiawy.
Starcie w dniu 13 lipca 1260 r. miało dla Prusów znaczenie psychologiczne. Wiele z nich, wspomagając czynnie Żmudź miało okazję ujrzeć, jak niepokonane dotąd rycerstwo krzyżackie poniosło dotkliwą porażkę. Wieści o tym wydarzeniu rozeszły się lotem błyskawicy. Odżyła nadzieja na poprawę losu, szczególnie na tych ziemiach, gdzie dotarta już władza Zakonu, ale nie była jeszcze na tyle trwała, żeby zamieszkująca je ludność nie pamiętała lepszych czasów. Taka sytuacja zawieszenia pomiędzy perspektywą pogłębiania zależności od Krzyżaków a możliwością stosunkowo łatwego zerwania pęt dotyczyła zwłaszcza Natangii.
Latem 1260 r. trwały wiece i narady – poszukiwano przywódców, zastanawiano się nad koncepcją walki. W tym gorączkowym okresie szczególna rola przypadła osobom znającym dziś byśmy rzekli – stosunki europejskie. To właśnie z kręgu takich liderów, bliskich Herkusowi Monte, wystosowano list do najważniejszej władzy duchownej chrześcijańskiego Zachodu – do papieża. Biskup Rzymu otrzymał zapewnienie, że większość Prusów została ochrzczona, inni wkrótce też się nawrócą, natomiast walka zbrojna skierowana jest przeciw Krzyżakom, którzy w sposób niegodny postępują z podbitą ludnością. Końcowy fragment pisma stanowił akt poddania ziemi pruskiej i jej mieszkańców władzy papieża. Urbana IV nie przekonały słowa postania. Zinterpretował je jako zamach na Zakon i wydał dokumenty wyznaczające Czechy, Morawy i księstwa polskie jako kraje, z których winna wyjść pomoc braciom zakonnym w tłumieniu buntu. Za udział w krucjacie do Prus każdy rycerz uzyskiwał odpust jak za zbrojną pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Odpowiedzią gotujących się do zrywu Prus stało się porzucenie chrześcijaństwa. Jesienią 1260 r. doszło do pierwszych starć. Bałtowie wystąpili przeciwko „białym płaszczom” niemal zjednoczeni: Litwini, Żmudzini, Jaćwięgowie i Prusowie. Plemiona pruskie wybrały osobnych wodzów. Pogezanom rozkazywał Autume, Sambom – Glande, Warmom – Glappo, Bartom – Divanus Klekine a Natangom – Herkus Monte. Wodzowie poprowadzili do walki przede wszystkim drużyny zbrojne. Byty to przeważnie złączone więzami krwi grupy-klany, do których dołączyła wolna ludność na co dzień parająca się pokojowymi zajęciami. Przedstawiciele wszystkich pruskich krain czekając na umówione znaki już wcześniej przygotowali i zgromadzili broń. Najczęściej byt nią żelazny topór. Niektórym udało się kupić importowany z Rusi hełm a niemal wszyscy starali się uszyć z grubych skór kaftan-skorupę dla osłony ciała oraz z desek wykonać tarczę.
Uderzenie pruskiego pospolitego ruszenia wyznaczone na dzień 20 września 1260 r. było skoordynowane – wszystkie plemiona zaatakowały jednocześnie – a dla Krzyżaków zaskakujące. Okazało się też nadzwyczaj skuteczne. Zanim Zakon otrzymał pomoc z Zachodu, cały kraj został oswobodzony. Broniły się jedynie załogi zamków utrzymujących kontakt ze światem drogą morską tj. Królewiec, Bałga, Elbląg oraz jedyna twierdza w głębi pruskiego terytorium – Bartenstein. Zamek bartoszycki po trzech latach oblężenia został wzięty głodem. Cała Natangia była wolna. Było to już w czasie, gdy sytuacja powstania zaczęta się komplikować. Sojusznicza Litwa pogrążyła się w zamęcie walk bratobójczych, w 1263 r. zamordowano Mendoga. Do Prus coraz liczniej ściągały hufce chrześcijańskiego rycerstwa.
W trudnej sytuacji najenergiczniej działał Herkus Monte. Byt on niekwestionowanym autorytetem w oczach swego ludu. Jeszcze w 1262 r. Natangowie rozgromili najlepsze oddziały krzyżackie w bitwie pod Pokarwis. W 1263 r. Monte wyprawił się aż do ziemi chełmińskiej tj. do matecznika krzyżackiego panowania. Tu Krzyżacy czuli się najpewniej mając oparcie w licznych miejscowościach zagospodarowanych przez kolonistów z Niemiec. W drodze powrotnej do Natangii Monte zachowywał się ostrożnie i nie dał się wciągnąć w pułapkę zastawioną przez mistrza krajowego Helmericha. Znów doborowe jednostki wojsk zakonnych zostały pobite. Starcie miało miejsce niedaleko Lubawy.
Znakomite pomysły strategiczne Montego niestety nie mogły sprostać jeszcze innym przeciwnościom. Prusowie nie posiadali machin oblężniczych do zdobywania warowni. Dawały o sobie znać istniejące partykularyzmy plemienne oraz różnice społeczne. Krzyżacy skwapliwie wykorzystywali np. niektórych możnych przekupując ich nadaniami ziemi i ofiarowując przywileje.
Walki drugiego powstania byty niezwykle okrutne i to po obu stronach. Do naszych czasów dotarł jednak tylko opis niedoli krzyżackiej zawarty w kronice Piotra z Dusburga. Mnich św. tak scharakteryzował okres walk powstańczych (1260-1274): „Ile niewygód, ile niebezpieczeństw, ile uciążliwości wytrzymywali bracia i inni chrześcijanie w okresie tych prześladowań, które trwały lat piętnaście, od nieprzyjaciela w różnych miastach, grodach i innych wsiach, Bogu to tylko wiadome, a nikt z żyjących obecnie nie zdoła tego w pełni wyłożyć. Nie było prawie godziny, w której mogliby spokojnie najeść się chleba do sytości, nie będąc raz, drugi raz lub zgoła wiele razy wyzwani do walki z wrogami”.
„Chronicon” Piotra z Dusburga podaje wiele informacji o tych heroicznych czasach i dramatycznym życiu Herkusa Monte. Wśród łun pożarów, wśród grabieży i morderstw dostrzegł i opisał kronikarz zdarzenie obrosłe później legendą, a zaświadczające o honorowej i szlachetnej postawie zarówno Montego jak i jego krzyżackiego przeciwnika. Otóż, przebywając jeszcze w Magdeburgu, Herkus Monte korzystał z opieki i zapewne przyjaźnił się z rycerzem Hirzhalsem. Niemiec dostał się do pruskiej niewoli podczas bitwy pod Pokarwis. Zgodnie ze zwyczajem Natangowie losowali wśród jeńców ofiarę, która miała być poświęcona bogom. Gdy los wskazywał Hirzhalsa, Monte, pragnąc uwolnić przyjaciela, nakazał powtórne losowanie. Gdy i powtórna próba również wskazała Hirzhalsa – Monte jeszcze raz zmienił procedurę. Za trzecim razem ponownie okazało się, że ofiarą ma być Hirzhals. Wtedy niemiecki rycerz sam kazał poprowadzić się na stos pogodzony z wyrokiem Opatrzności.
W 1265 r. papież Klemens IV ogłosił nową wyprawę krzyżową do Prus. Na przełomie 1267/68 przybył tu po raz wtóry król czeski Przemysł II Ottokar. Jego armię władze zakonne skierowały do dobrze strzeżonej Natangii. Warto wiedzieć, że czeski władca byt jedną z najbardziej znaczących osób w ówczesnej Europie, o mały włos nie został wybrany cesarzem. Czechy pod jego panowaniem przeżywały okres rozkwitu w przeciwieństwie do krajów niemieckich, które wtedy pogrążały się w chaosie tzw. wielkiego bezkrólewia. Tak więc Natangów oczekiwało starcie z bardzo groźnym przeciwnikiem.
Wojna ze strony Prusów przybrała zatem charakter wyraźnie podjazdowy. Powstańcy próbowali jeszcze odważnie wyprawiać się ku ziemi chełmińskiej, ale działając w pojedynkę – ginęli. W 1271 r. padł przywódca Bartów Divanus Klekine. Rok później nowy mistrz krajowy Dytryk II z Miśni straszliwie spustoszył Natangię. Wówczas Herkus Monte schronił się w bardzo nieprzystępne okolice Stablacku (Stabtawek). Byty to jego rodzinne strony a zarazem terytorium, które obejmowało kolebkę – najstarsze siedzi-by i centra struktury plemiennej Natangów. Stąd jeszcze waleczny wódz starał się czynić wyprawy na przeciwnika. Montego nie mogli pokonać Krzyżacy siłą, więc posłużyli się zdradą. Za wydanie kryjówki naczelnika powstania, któryś z Prusów otrzymał zapewne jakieś nadania i przywileje. Zwierzchnik Natangów został pojmany i bezzwłocznie powieszony. Ciało przebito mu ostrzem miecza. Rodzaj zadanej śmierci miał odebrać mu rycerską cześć i wyrazić poniżenie. Wydarzenie miało miejsce w stabtawskim lesie jesienią w 1273 r. Niedługo potem powstanie Prusów upadło. W tym samym czasie w Europie sławę zdobywały filozoficzne poglądy oxfordzkiego uczonego Rogera Bacona, kończyło się „wielkie bezkrólewie” w Niemczech – wybrano tam Rudolfa I Habsburga na władcę ogólnoniemieckiego, zatem rozpoczęta się kariera dynastii, która dotrwała do XX-tego wieku. Jednocześnie we Francji przeżywano klęskę ostatniej krucjaty do Ziemi Świętej zorganizowanej przez Ludwika IX Świętego, a w 1274 r. zakończył żywot najwybitniejszy teolog średniowiecza – św. Tomasz z Akwinu. W Polsce na tronie krakowskim zasiadał książę Bolesław Wstydliwy.
Legenda szlachetnego Herkusa Monte po wiekach znalazła swe odzwierciedlenie w literaturze. Jego postać występuje w poezji, powieściach i dramatach, których autorami są Niemcy (m.in. Springborn, J. W. Richter, A. J. Cupper) i Litwin (J. Grusas). W jednym z przypisów do „Konrada Wallenroda” Adam Mickiewicz zauważył: „Często się zdarzało, że Prusacy (tj. Prusowie) i Litwini dziećmi porwani i wychowani w Niemczech, po-wracali do ojczyzny i stawali się najsroższymi Niemców nieprzyjaciółmi. Takim byt pamiętny w dziejach Zakonu Prusak Herkus Monte…”. Postaci wodza Natangów poświęcony jest też film fabularny zrealizowany w 1961 r. na Litwie. Imię Montego nosi Uniwersytet w Kłajpedzie, a od 1999 r. szkoła w Kamińsku. Bliski względem Górowa Kamińsk czyli dawne Sta-bławki (Stablack) dziedziczy nazwę, która odzwierciedla pruskie złożenie „Stabis Lauks”, co znaczy „Kamienne Pole” stanowiło niegdyś ojczystą ziemię Herkusa Monte – stąd się wywodził, tu walczył i tu poległ. Była nad Stardykiem – strumieniem oddzielającym terytorium plemienne Natangii od sąsiedniej Warmii. Po ostatniej wojnie w Montytach usytuowano strażnicę Wojsk Ochrony Pogranicza – w pobliżu wsi przebiegała granica polskoradziecka. Jedno z gospodarstw było zamieszkałe do potowy lat 60-tych. Dziś trudno odnaleźć ślady zabudowań. Teren porastają dzikie chaszcze. Z lotu ptaka dawny obszar wioski widoczny jest jako śródleśna polana. Wkraczają na nią drzewasamosiejki. Przyroda odzyskuje stracony na rzecz ludzkiej cywilizacji teren.

Jerzy Necio, „WURMAN” nr 4 z 1999 r., str. 4-5.
Tytuł oryginału: „Natangijczyk Herkus Monte w wielkim powstaniu Prusów”. Przedruk za zgodą autora.

`BĄDŹ..`

Pośród Chmur
pośród Ziem
pośród Wód

jeśli chcesz
uwierzyć
jeśli chcesz
poznać
rozpuść się

bądź Kroplą wody
bądź Uśmiechem tęczy
bądź Światłem lampy
bądź Masłem na bułce
bądź Krzykiem mewy
bądź Płaczem dziecka

zjednocz się
poznaj
dotknij
zasmakuj

bądź Zapachem frezji
bądź Kamieniem w ogrodzie
bądź Obłokiem sennym
bądź Tańcem godowym
bądź Nasieniem życia
bądź Zgniłym ciałem

w jednej chwili
poczuj
dotknij
zasmakuj

jeśli chcesz
uwierzyć
jeśli chcesz
poczuć

rozpuść się……….

/13. Wrzesień 2003 r./

Słowa ostre jak żyletki

Leciał sobie ptaszek wolny po bezpańskim niebie. Bezpańskim, bo ptaki nie uznają granic wytyczonych cyrklem na mapach, a bezpańskim, bo ptaszkowi było obojętne czy to niebo jest „własnością” Hitlera czy może „własnością” Kwaśniewskiego. Dla niego było to bez różnicy, bo nie interesował się polityką. W pewnej chwili zachciało mu się wypróżnić. Nie zastanawiając się długo zrobił to. Jakież to było straszne! Odchody spadły prosto na żeliwny odlew jakiegoś człowieka. Ważnego człowieka dla ludzkości w pewnym kraju, bo w innych krajach z pomników takich śmiali się ludzie. Był to pomnik papieża. Z okien swego domku widział to ksiądz i z okrzykiem „bezbożna kanalio!” strzelił z dwururki do ptaszka. Ptaszek spadł martwy.
Zginął.
A był to orzeł bielik.
I teraz zadaję sobie kilka pytań:
Kto wyczyści swą chusteczką twarz pomnikowi?
Kto się przejmuje ochroną orłów?
Kto buduje takie debilne pomniki?
Kto całuje takie pomniki i się przed nimi kłania?
Kto zapomniał przykazania?
Kto stracił rozum?

Odpowiedzi brak…

Aha, a na zakończenie dnia, jeden bóbr podgryzając krzyż drewniany przy drodze, obalił go, bo potrzebował materiału na tamę. Cóż za bezbożność!
Domagam się wykładania pisma świętego zwierzakom domowym i dzikim!!!

`NEKRO LOG`

Sen
jak Pocałunek Księżyca
Sen
bez końca
Sen

w Krainach Marzeń
w Odległych Światach
realnych i baśniowych
krainach

Sen
jak Płatki Róż
Sen
Pachnący
Sen

daleko od bólu
daleko od fałszu
w szczęściu
Wieczystym (zatopiony)

Sen
jak Łza Pożegnalna
Sen
bez końca
Sen

z Zamkniętymi Powiekami
z Otwartymi Oczami
bez ograniczeń
Ciał

Sen
odeszłaś od nas
Sen
bądź szczęśliwa
Sen

Spij Wiecznie
Wiecznie Śnij

03. Wrzesień 2003 r.
*dedykowane Soror N. pogrążonej we Śnie..*