PODRÓŻE SZAMAŃSKIE

Ogniki delikatnie skwierczały płonąc w czterech paleniskach. Każdy z nich swym światłem rozświetlał inną ze stron magicznego świata. Po środku między nimi płonęły wonne kadzidła o delikatnym, słodkim zapachu. Siedzący szaman trzymał przed sobą bęben z koziej skóry na której wymalowane były sceny podróży duszy w zaświaty. Przedziwne postacie i zwierzęta zdobiły brzegi bębna. Były to prymitywne rysunki, jednak miały coś w sobie niesamowitego, iż wzrok chcąc nie chcąc zatrzymywał się na ich kształtach. Oczy szamana przenikały zebranych wokół. Każdy z uczestników gotów był na śmierć.

Przygotowanie.

Dwanaście osób tworzyło okrąg siedząc. Wszyscy mieliśmy zamknięte oczy powoli oddychając. Skupione myśli obserwowały oddech, po czym rozpuściły się w nim. Oczyściłem swój umysł wraz ze wszystkimi zebranymi. Daleko ode mnie pozostała cała cywilizacja wraz ze mną, jako częścią świata materii. Spokojny głos szamana kazał myślom powoli wracać. Ocknąłem się.
Położyliśmy się wygodnie na matach w okręgu. Każdy na swojej. Przykryliśmy kocami i zakryliśmy oczy chustami. Szaman powoli zaczął uderzać w bęben. Delikatnie, jakby mocnym dźwiękiem nie chciał wzburzyć powietrza i duchów w nim zamieszkujących. Objaśnił na jaki dźwięk mamy powrócić z zaświatów.
Nasze ciała powoli stawały się ciężkie. Nogi, których nie potrafiłem podnieść, tułów, który drgał już tylko oddechem, bezwładne dłonie i ciężka, jak kula ołowiu, głowa. Zastygłem w bezruchu, lecz nie umysł.

Krąg Mocy.

Znalazłem się w lesie. Stałem samotnie. Drzewa delikatnie kołysały się roztaczając przedziwną woń. Jej zapach ożywił mnie. Gdzieś blisko para ptaków śpiewała do siebie miłosne pieśni. Rozumiałem je. Słowa świergotem napełniały moje serce ciepłem.
W pewnej chwili mój wzrok padł na kamienie, które niczym kapelusze borowików wyłaniały się powoli z leśnych traw. Rosły w oczach. Gdy były już dość pokaźnych rozmiarów, poczęły formować się w okrąg, który szczelnie otaczał mnie. Jednak w czterech miejscach okrąg wydawał się być nieszczelnym. Dosłownie. Cztery, dość pokaźnych rozmiarów wyrwy pozostały puste i tam kamienie nie pojawiły się. Nim zdążyłem pomyśleć o tym, kamienie po bokach każdej z wyrw zaczęły mnożyć się poprzez pączkowanie. Dziwacznie to wyglądało. Niczym komórka pod mikroskopem, kamień leżący na ziemi dzielił się na mniejsze, czy też rodził z siebie mniejsze kamienie, nie zmieniając się przy tym. Powstałe w ten sposób kamienie, rodziły kolejne i kolejne. Niczym winne grono kamienie pięły się w górę pionowo. Mnożyły się dotąd dopóki nie zamknęły łukiem nad wyrwą. Tak zrodziły się cztery bramy kamienne w okręgu. Każda z bram usytuowana była w kierunku innej strony świata. Gdy tak się im przyglądałem, jakaś postać pojawiła się w jednej z bram. Wyrosła niczym spod ziemi, a może spadła z nieba?
Postać była cała czarna i nie można było rozróżnić czy jest to kobieta czy mężczyzna. Jedna wielka czarna plama. Gdy tak jej się przyglądałem poderwała się i wzniosła ku górze. Dopiero wtedy zobaczyłem jak z ludzkiej przemienia się w wielkiego czarnego ptaka. Był to kruk. Ptaszysko zatoczyło wysoko nad mą głową kilka kółek po czym znikło z pola mego wzroku. Pozostałem sam.
Wtem zza mego prawego ramienia wychyliła się głowa czarnego kruka i wyciągając swą szyję spojrzała na mi prosto w oczy. Trwało to ułamek sekundy, jednak mnie się zdawało iż przyglądaliśmy się sobie ładnych kilka chwil. Gdy nasz wzrok się spotkał, głowa kruka przeniknęła w moje ciało, a dokładnie w moja głowę, zatapiając się w niej.
Przewodnik-kruk zjednoczył się symbolicznie ze mną.
Nie zdążyłem się nawet przerazić czy zdziwić, gdy moje ciało uniosło się do góry. Szybowałem. Byłem nim. Wznosiłem się nad lasem, podziwiając jego falujące, niczym morze, drzewa.
Widziałem budowle z różnych perspektyw, z różnych układów, z różnych położeń i pod wieloma kątami. Obracałem nimi niczym projektant domem, który wykreślił na komputerze. Tworzyłem obrazy, płaszczyzny. Stawałem się nimi – unicestwiałem je.
Uderzenia bębna rytmiczne dotąd urwały się. Kilka uderzeń. Cisza. Kilka uderzeń. Cisza.
Obudziłem się…

Podróż do Górnego Świata.

Szaman bębnił rytmicznie. Zapadłem się w sobie. Byłem znów w lesie. Przewodnik pojawił się niespodziewanie.
- Twój szaman nie jest prawdziwy – wykrakał.
- Dlaczego? – spytałem z wielkim zdziwieniem.
- Bo nie jest prawdziwy! – zakrakał złowieszczo.
- Ja mu wierzę, to mój przyjaciel – odparłem krótko
- Nie, ja do człowieka nic nie mam – kruk tłumaczył swe oskarżenie – jednak rytuał podróży w chmury odgrywa się tańcem, wirem, niczym powietrze.
- Nie rozumiem – powiedziałem.
- Patrz – warknął kruk, po czym wyrwał szamanowi bęben z rąk.
Chwycił do sprawnie za splot z tyłu i nie przestając uderzać, zaczął biegać dookoła kręgu. Wraz z uderzeniami i krokami powietrze zaczęło wirować. Dziwne śpiewy narastały w mych uszach. Pieśń uniosła mnie. Wzleciałem wysoko. Szybowałem. Przenikałem gwiazdy, galaktyki. Niczym strzała sunąłem do przodu. Widziałem jak ziemia oddala się, a ja frunę poprzez gwiazdozbiory. Czułem jak powietrze przenika mnie. Już nie oddychałem. To ja byłem oddechem. Byłem powietrzem w swych płucach.
Pomimo, że szaman swym bębnem nakazywał powrót do ciał, nie chciałem wracać. Jednak za trzecim nakazem bębna, niechętnie wróciłem. Tu spotkała mnie niemiła niespodzianka. Moje ciało nie oddychało. Nakazałem mu więc usiąść i uderzyć się w pierś. Pomogło. Niczym ryba, gwałtownie nabrałem powietrza w płuca i wymusiłem oddech. Ocknąłem się.

Podróż do Dolnego Świata.

Bęben szamana znów zaczął śpiewać, przenosząc mnie do lasu. Przewodnika nie było. A może był, jednak nie widziałem jego postaci. Kamienie, niczym rozsypane korale, przetoczyły się polanę tworząc krąg. Tym razem szczelnie otoczyły mnie zamykając się wokół i nie pozostawiając najmniejszego miejsca na jakąkolwiek bramę. Byłem wewnątrz.
Kilkakrotnie obszedłem koło w poszukiwaniu wyjścia. Czułem się trochę jak zwierzę zamknięte w klatce. Zrozpaczony powróciłem do środka. Łzy pojawiły mi się w oczach. Już miałem siąść po środku płacząc nad swym losem, gdy dostrzegłem w ziemi otwór sporej wielkości, ze schodami biegnącymi gdzieś w głąb. Zajrzałem z ciekawości do wnętrza. Mrok zdusił moje oczy. Nie dostrzegłem nic, a jednak postanowiłem tam wejść.
Schodziłem powoli trzymając się wilgotnej, murowanej ściany. Gdy oczy przywykły już do mroku dostrzegłem iż korytarz, którym schodziłem wraz ze schodami, wykonany jest z cegły, jaką pamiętałem z krzyżackich zamków.
Po kilku minutach schodzenia zrobiło się chłodno. Wreszcie korytarz rozszerzył się i stanąłem w sali, której strop wieńczyło piękne sklepienie. Ono również wykonane było z cegieł.
Z sali w której się znalazłem, prowadziły trzy korytarze. Każdy z nich tonął w jeszcze bardziej gęstym mroku, także gdy doń zaglądałem nie potrafiłem już zupełnie nic dostrzec.
Wybrałem. Środkowym korytarzem ruszyłem przed siebie, gnany kocią ciekawością. I to mnie zgubiło, jak mniemałem przez chwilę, bowiem gdy tylko wkroczyłem w mrok – zapadłem się.
Zapadałem się wewnątrz korytarza, zapadałem się w sobie. Nie miałem już ciała, byłem oczami umysłu. W pierwszej chwili pomyślałem ze strachem, lecz za sekundę wszystkie ludzkie uczucia rozpadły się i jak iskry wystrzeliły w próżnię. Błyszczały i migotały, by po chwili rozdrobnienia znów połączyć się, jednak już z dala ode mnie. Niczym w rytm bębna zbierały się tworząc przeróżne figury geometryczne i znów rozpadały w ciszę. I znów na odgłos miarowy jednoczyły się, tworząc i ujawniając w błysku, by po chwili wygasnąć w śmiertelnych ciemnościach.
Zapadła cisza. Zimno przeniknęło moje ciało. Zacząłem powoli stygnąć.
Głos bębna nie pozwolił jednak, by otchłań zabrała mnie w swe lodowe objęcia. Kilkanaście gwałtownych uderzeń i znów i znów.
Wyrwałem się.
Byłem znów wśród żywych.

Robert Roguszka (Akszugor)
/24. Listopad 2003 r. – 02. Styczeń 2004 r./

*opowiadanie oparte na faktach autentycznych*

`DZIKA RÓŻA`

Miłość niczym Kwiat Dzikiej Róży
Pięknością i mnogością Wonnych Barw cię odurzy
Miłość niczym Kwiat Dzikiej Róży
nim się obejrzysz, twe Serce z Żalu we Krwi zanurzy

Róży Kolce niczym straszliwe Szpony
Kochasz ją? już jesteś okaleczony..
Miłości Kolce niczym straszliwe Szpony
Wielbisz ją? dla świata tyś zatracony…

i jak tu nie Kochać dzikich Róż?
-włóż mi je do Grobu Kochanie, włóż…

/20-21. Styczeń 2004 r./

`ŚPIEWY MORSKIEJ MUSZLI`

Zaklęte Marzenia w Muszli zebrane,
wraz z Falą Odmętów mlaskają Pianę
i biją brzegi wchłaniając piach,
wzbudzając groźby Sztormowej Strach.

Topielic są to Skryte Marzenia,
by Wiecznym mogły Życiem żyć,
niestety puste już to Pragnienia
na Morskim Dnie przyszło im Zgnić.

Przepiękne Kształty, Urody Zaklęte
w Nicość i Proch się obracają-
Ciała nieposłuszne, Ciała Przeklęte
Zgnilizną z Mułem powoli się stają

Gdzie się podziały te Słodkie Głosy,
Uśmiech na Twarzy, Rumiane Lica?
Wraz z Wodą Falują tylko Włosy,
którymi nikt już się nie zachwyca.

Melodie Wyją, Skomlące to Wycie,
Żałosne Piski i próśb Jęczenie,
skrócone Tragedią Młodzieńcze Życie-
Palące Bólem w Niebycie Istnienie.

Minęło wszystko w jednej chwili,
odeszło precz do Niepamięci-
po cośmy żyli i się rodzili?
-już tylko morska Łza się w Oku kręci.

Na Dnie Tragedia Żałością Płacze,
na Morzu Sztorm targa Żaglami-
ja już cię Nigdy nie zobaczę,
Pogrzebaną pod Morskimi Falami.

Litery zabrała z Plaży Piana
Sycząc i Bieląc je niczym Proch,
tam w Głębinach tyś Pochowana,
po Morzu Słychać Żałobny Szloch.

Wszystkie Marzenia w Muszli Zaklęte
przy Uchu Żałości ci Wyśpiewają:
o pannach co na dnie Wyklęte,
Tańczą i w Tańcu tym Umierają…

/15. Styczeń 2004 r./

`HERMES`

Oto Książę w Koronie Merkurego,
co Skrzydła swe szeroko ma rozpostarte-
to nic, że Człeka masz przed sobą Nagiego,
odziany on w Magię, gdyż szaty ma podarte.

Pod jego stopy Słońca i Księżyce
i Skrzydła na których już nikt nie pofrunie,
Gwiazdy i Trupów Martwe Lice-
wszyscy, którzy byli mali w tłumie.

Na niego Rękę ważyć się nie podniesie,
ten co na swym Kiju Orła niesie,
a z czołem Oświeconego Człowieka
na Błogosławieństwo drugi Mag już czeka.

Hermes w swych Dłoniach Węże dwa trzyma
na Magicznych Różdżkach oba zaplecione,
żaden Zły Czar się jego nie ima
Zaklęcia przed Oczy jego są Odsłonione.

Metale się zleją szerokim potokiem,
w kolbie podgrzane trysną w górę o świcie
stworzywszy Złoto, co błyszczy się Okiem
spożyte, dając Wieczyste nam Życie.

Oto recepta, iście Królewska
skrywana bacznie przed lichym tłumem:
w Szaty Purpury odziana Bestia,
a zwie się ona po prostu Rozumem.

Ten ją pojmuje i wypije sokiem,
kto magicznym podąża krokiem,
dla innych ona zostanie rozcieńczona-
niech giną! otruci jadem Boga-Skorpiona.

Możesz wybierać, czyń to należycie-
wybierasz wieczne, czy zgniłe życie?

/04-05. Styczeń 2004 r./

`ZGNIŁY LIŚĆ`

Znalazłem Zgniły Liść
na ziemi
leżał w kałuży
przy przystanku autobusowym

podniosłem go
otarłem

serce zakuło mnie
nad marnością
nad przemijalnością

-Boisz się Jej?
zapytał zimnym głosem Liść

-Tak. Boje się.
odpowiedziałem

-Śmierć nie jest taka straszna.
odparł Liść

-To dlaczego wzbudza takie przerażenie
dlaczego jest taka odpychająca
zimna i.. nieprzewidywalna?
pytałem

-To tylko podróż
między przystankami życia
to tylko czas
między kolejnymi istnieniami
oczekiwanie..
pouczał mnie Liść

Nie potrafiłem zrozumieć
jego słów
nie potrafiłem
gdyż strach przed Nią
dusił moje myśli

-Patrz na drzewa
wśród młodziutkich pączków
poszukaj mnie
poszukaj mnie nowego
i wyrzuć ten Zgniły Liść!
Ciesz się Wiosną!
powiedział Liść z uśmiechem

Liść upadł na ziemię
puszczony przeze mnie
przygnieciony
i wdeptany w błoto
przez ludzi

autobus przyjechał
wsiadłem

/04-05. Styczeń 2004 r./

`***`

wprost
Uwielbiam
jak Tańczysz
w Dymie Papierosowym
w swej Koronkowej
Sukience
tkanej Brylantami

wprost
Uwielbiam
jak Błyszczą one
wraz z Twymi
Kocimi Ruchami
Delikatnie Smaganymi
Erotyzmem

wprost
Uwielbiam
jak kusisz mnie
swymi Krągłościami
Atłasowego Ciała
Niewinnego
Odzianego w Perwersję

Smagaj moje Oczy
Napełniaj moje Nozdrza
Rozwiewaj Dymy

i padnij
Konając w mych Ramionach…

/02. Styczeń 2004 r./

`BEZ KOŃCA…`

Nawet w Mroku
Zimnym
niczym Śmierć
Twe Oczy Błyszczą
wraz ze Łzami

Świecą Niebieską
Miłością
gnając Chłód

duszą kłamstwa
i złości

i Pięknem Malują
Twą Twarz
niczym Sen
bez końca

Nawet na Wietrze
Lodowym
Twe Usta śmieją się
wraz z Rumianymi Policzkami

Świecą Purpurą
Miłości
gnając Chłód

duszą złe słowa
i grymasy

i Cudownością Malują
Twą Twarz
niczym Kwiaty na Łące
bez końca

niczym Blask Słońca

bez końca…

/17. Grudzień 2003 r./