ON PO DRUGIEJ STRONIE

Postanowiłem dotrzeć do swych myśli najgłębiej skrywanych, najbardziej tajemniczych i trudnych do zrozumienia w realnym świecie. Tych, które na jawie nie mogę sobie przypo-mnieć, ograniczony swym ciałem. Miała to być również rozmowa mnie ze mną.
Umówiliśmy się w kilka osób, gdzie ja byłem Tą Która Wykona Pierwszy Krok Po Drugiej Stronie. Święte Rośliny były już gotowe. Kawa parzyła się. Zadowolenie pojawiło się na ustach Kurkurora i niczym zaraza przeniosło się i na usta Królika. Patrzyłem na nich z niedo-wierzaniem. Te liche roślinki wzbudzały w nich tyle radości?
-Dziel równo – prychnął Królik.
-Dzielę – uśmiechnął się Djuchade wciąż dzieląc kupki, które już podzielił. Czynił to tak dłu-go, aż wszystkie cztery wyglądały zadowalająco równo. Przynajmniej w oku.
Djuchade wrzucił Święte Rośliny do kubków. Wrzątek wraz z rozpuszczalną kawą pochłonął je niczym piekielna otchłań. Każdy z nas wziął swój kubek i dokładnie wymieszał zawartość. Poczekaliśmy chwilę, aż wywar ostygnie na tyle, by nie parzył ust, po czym wypiliśmy wszystko. Podczas, gdy oni łykali wraz z cieczą Święte Rośliny, mnie coś podkusiło, by spró-bować ich naturalnego smaku. To nic, że kawa go trochę ogłuszyła. Ich zdziwienie było wiel-kie, gdy ja nabierałem kawy w usta tylko po to, by połknąć ciecz, a resztkę spożyć, dokładnie przeżuwając. Piasek zachrzęścił mi w zębach. Święte Rośliny, pomimo swego boskiego cha-rakteru i otoczki, jaka je otaczała, smakowały nadzwyczaj leśnie, by nie powiedzieć – trawia-sto. Po krótkiej chwili wszyscy mieliśmy już puste kubki.
-Zaczynamy – Królik był podekscytowany.
-Jakie są pierwsze wrażenia – zapytałem.
-Zobaczysz – odparł Djuchade – wszystko we właściwym czasie.
-Ale chociaż powiedzcie mi czego mam się spodziewać lub co jest, a właściwie co może być niepożądane – pytałem, z trudem ukrywając strach przed nieznanym.
-To trudno opisać – odparł Kurkuror – bo każdy to odczuwa indywidualnie.
-Aha – bąknąłem, bo tylko na tyle było mnie stać.
-Każda podróż jest inna – rzekł Królik – przez co każda jest niepowtarzalna i niezapomniana.
-Słuchaj Królika, wdupęlepszy… – zaśmiał się Djuchade.
-Ale pomożesz mi znaleźć drogę – zwróciłem się do Djuchade – gdybym się zagubił?
-Tak.
-To dobrze – uśmiechnąłem się, po czym zrozumiałem, że coś ze mną zaczyna się dziać – To chyba już… – szepnąłem.
Zrobiło się dziwnie zimno, a róg pokoju zafalował wydymając się w moim kierunku, by po chwili znów powrócić do pionu. Zrobił tak kilka razy, po czym ściany pomalowane na biało zaczęły zmieniać kolory, od żółtego zaczynając na zielonym kończąc. Barwy były lekko wy-blakłe, jednak na tyle wyraźne, że zauważalne.
-Co? – szepnął Kurkuror.
-Jakoś tak mi zaczyna być zimno i kąt pokoju dziwnie się załamał – stwierdziłem niedowie-rzając własnym oczom.
-Oho… – zaśmiał się Królik – zaczyna się.
-Tak – przytaknął Djuchade – zaczyna się…
Nie słuchając ich wstałem z fotela, na którym siedziałem do tej pory i położyłem się na łóżku stojącym pod ścianą – ścianą, która jeszcze przed chwilą falowała w moich oczach. Okryłem się szczelnie kocem, gdyż dreszcze zimna były już nie do wytrzymania. Leżąc obserwowałem ich. Oni, jak gdyby nigdy nic rozmawiali wymieniając poglądy o swej ostatniej podróży. Wreszcie odezwał się do mnie Djuchade.
-Widzę, że położyłeś się w tym samym kąciku, co ostatnio Królik, wdupęlepszy.
Królik zachichotał.
-Tak, teraz on chce tu rządzić i być wdupęlepszy – zaśmiał się Kurkuror.
-Wcale nie – powiedziałem drżącym głosem – położyłem się tutaj, bo jest mi zimno.
-To jedyne nieprzyjemne skutki Świętych Roślin – powiedział Djuchade – trwa to od pół do godziny.
-Jedyne? – zapytałem.
-Tak, nie licząc pragnienia ciągłego picia i lekkiego rozregulowania żołądka w postaci gazo-wej – zaśmiał się Djuchade.
-Ja tam nic nie mam – odezwał się Królik.
W tym samym czasie Kurkuror również opuścił swój fotel i siadł na przeciwnym łóżku, dziwnie mi się przyglądając.
-Zrobimy klimacik – rzekł Djuchade, po czym włączył muzykę, która swymi cichymi dźwię-kami robiła tło.
Królik zapalił małą, nocna lampkę, którą ukrył za zasłoną okna. Djuchade w tym czasie przy-sunął swój fotel, stawiając między łóżkami, a Królik usiadł na łóżku obok Kurkurora.
-Dlaczego nikt się mną nie interesuje? – wypaliłem znienacka.
-Jak to? – zdziwił się Djuchade – przecież wciąż z tobą rozmawiamy.
Zapadło milczenie.
Moim ciałem, co jakiś czas wstrząsały dreszcze, ale nie było mi już tak zimno, jak na począt-ku. Obserwowałem pokój. Dopiero teraz dostrzegłem jak krzywe są ściany. Żadna z nich nie miała pionu, a strop delikatnie opadał zakrzywiony. Właściwie to nad moją głową sufit naj-wyżej stykał się ze ścianami, by przez całą długość pokoju lekko opadać i niżej opierać się na przeciwległej ścianie. Światło lampy, która świeciła dotąd na żółto, zmieniało barwę. Raz było zielone, raz żółte z odcieniami zieleni i brązu, a raz jasno brązowe czy seledynowe. Na-wet białe do tej pory ściany nabrały kolorów lasu. A kolory te, co pewien czas zmieniały się, jakby wędrowały po ścianach. Pojawiały się, znikały, pulsowały.
Sięgnąłem po butelkę niegazowanej wody mineralnej, bo straszliwie zaschło mi w ustach. Wziąłem kilka łyków i aż zakrztusiłem się. Jakieś przeraźliwe dźwięki brzmiały w moich uszach. Były tak obrzydliwe, że wzbierało mnie na wymioty. Każdy z nich pachniał odcho-dami, wymiocinami. Bulgotał niczym bagno. Wlewał się w usta i uszy swą lepką mazią.
-Wyłączcie to! – krzyknąłem – przecież to jest obrzydliwe.
-Spokojnie, już zmieniam płytę – Djuchade podszedł do wieży, by zmienić CD – co ty taki wrażliwy. To tylko przemówienia Hitlera wplecione w muzykę.
-Obrzydliwe… brak radości, brak miłości… włącz lepiej coś weselszego – powiedziałem i znów zamyśliłem się.
Muzyka uległa zmianie. Kształty wyrazu mojej twarzy złagodniały. Widziałem je. Zmarsz-czone czoło powróciło do spokojnego wyrazu. Mięśnie policzków przestały być napięte. Po-kój falował. Każda ze ścian zgrała się z muzyką w tak piękny sposób, iż żyła nią. Tak, teraz dźwięki były bliższe duszy.
Wstałem z łóżka.
-A właściwie to po co nam ubrania – głośno zastanawiałem się.
-Chyba po to by nie było nam zimno – odparł Djuchade.
-Nie, ciało jest piękne. Dusza jest piękna, a ubrania nie są nam potrzebne. Zdejmijmy je – mówiłem obserwując zdziwienie na ich twarzach – bądźmy tacy, jak natura. Prości, nadzy…
-Nie, lepiej się nie rozbieraj – odparł Kurkuror.
-Ej… zwierzęta są nagie, drzewa są nagie, kwiaty, grzyby… – mówiłem uśmiechając się – bądźmy tacy jak i one. Piękne i doskonałe. Zgodnie z naturą. Leśni ludzie…
Usiadłem. Zapomniałem o potrzebie nagości ciała. Podczas, gdy Kurkuror rozmawiał z Dju-chade i Królikiem, ja obserwowałem ich twarze. Nie słyszałem o czym rozmawiają, widzia-łem tylko ruchy ich ust. Byłem jednocześnie przerażony, zaciekawiony i zdziwiony. Myśl goniła myśl. Trochę mnie to denerwowało, gdyż nie mogłem nad nimi zapanować. Złapać i przytrzymać.
Kurkuror zaczął przemieniać się w cień. Mroczna postać bez twarzy, która czernią zlewała się z reszta ciała. Ciało natomiast było jednością z łóżkiem, na którym siedział, z nogami skrzy-żowanymi. Przez chwilę wydawało mi się, że widzę w jego twarzy głowę kruka, ale szybko myśl ta uciekła. Kurkuror pozostał sobą. Królik za to zaczął przemieniać się. Raz był młodą kobietą, to zaraz na jej twarzy pojawiły się zmarszczki starości, by po chwili być starą, obrzy-dliwą jędzą. Twarz jej zadrgała i znów Królik był młoda, ładną kobietą.
Twarz Djuchade wciąż pozostawała twarzą Djuchade.
-Dlaczego jestem sam? – zapytałem a głos zdawał się wołać z otchłani. Odbił się echem i umilkł.
-Przecież nie jesteś sam – odezwał się Królik – on mnie zaczyna denerwować. Jesteśmy z nim, rozmawiamy z nim, a on wciąż uważa, że jest sam.
-Nie denerwuj się – uśmiechnął się Djuchade do Królika – złość nie istnieje.
Poderwałem się z łóżka. Muzyka była moim ciałem. Niczym wiatr poruszałem się. Tańczy-łem swój własny taniec, który przypominał trochę pląsy hinduskich kobiet. Byłem kobietą. Moje dłonie niczym skrzydła unosiły się i opadały. Falowały i zmieniały się.
-Jak wam się podoba mój nowy taniec? – zapytałem wciąż nie przestając tańczyć.
-Może być – odpowiedział Kurkuror z dziwnym uśmiechem.
-Tak, tylko za szybko się on rusza. Nie mogę nadążyć za ruchami jego rąk – zniesmaczył się Królik – czy wy też uważacie, że za szybko tańczy?
-Niech tańczy… – odparł Djuchade i zwracając się do Kurkurora zapytał – która to już godzi-na?
-Dwudziesta druga trzydzieści – odparł Kurkuror, przesuwając budzik tak, aby był widoczny dla wszystkich.
Położyłem się. Było mi gorąco. Znów miałem sucho w ustach, więc kolejne łyki wody z bu-telki ratowały mnie. W żołądku już mi chlupotało. Leżąc tak czułem jak niesamowita energia rozpiera mnie od wewnątrz. Serce łomotało jak szalone i nawet w pewnej chwili przestraszy-łem się, że mi wyskoczy z ciała.
-Serce mi wali – powiedziałem w powietrze.
-To tylko złudzenie – pocieszał mnie Djuchade – wszystko jest w porządku, to tylko twój mózg tworzy fikcję.
Zaniepokojony Królik przysiadł koło mnie.
-Dobrze się czujesz? – zapytał zatroskany.
-Tak… – odparłem i już moje myśli poszybowały w innym kierunku – patrz na moje ręce… – powiedziałem wyciągając je przed siebie – moje żyły chcą wyjść z ciała…
I rzeczywiście żyły powiększyły się niczym okrągłe rurki. Rosły w oczach tak, jakby za chwi-lę miały pęknąć lub oderwać się od ciała, niczym oddzielne rurociągi z krwią. Płynąca życio-dajna ciecz wędrowała pompując je. Tam, gdzie żyły były jeszcze w ciele, już za chwilę, gdy krew do nich napłynęła, powiększały się.
Królik przytulił moja głowę do swej piersi.
-Wszystko będzie dobrze – szepnął.
-Tyle to wiem – odpowiedziałem i zwracając się do reszty zapytałem – co to za dziwna cisza?
-Znów zaczynasz? – mruknął Kurkuror.
Wstałem.
-Musze iść do toalety – szepnąłem, po czym z chlupotem wody w brzuchu wyszedłem z poko-ju.
Drzwi otworzyły się miękko. Wyszedłem. Korytarz spowity był mrokiem. Posuwałem się powoli, idąc po omacku w ciemnościach i do tego lekko zgarbiony, gdyż jak uważałem, ta poza była najbardziej właściwa do wędrówki przez ciemny korytarz. Nie zapalałem światła, bo mogłoby mnie zabić. Z kuchni wiało przyjemnym chłodem. Po chwili dotarłem do łazien-ki.
Droga powrotna była o tyle bardziej trudna, gdyż moje oczy dotknęły światła, będąc w ła-zience i teraz mroki korytarza były jeszcze bardziej demoniczne i złowrogie niż w drodze do.
Drobnymi krokami, potknąwszy się o czyjeś buty, pozostawione w przedpokoju, dotarłem przed drzwi, jakże magicznego pokoju. Otwierałem je powoli. Będąc w pozycji zgarbionej zajrzałem do środka. Wszyscy siedzieli i o czymś tam rozmawiali. Uśmiechnąłem się. Jak na komendę spojrzeli na mnie.
-O, jaki szczęśliwy – zaśmiał się Kurkuror.
-Nie, ja go nie poznaję – prychnął Królik – ich chyba jest dwóch. Dwulicowy. Nie wierzę wła-snym oczom.
-Nie – rzekł spokojnie Djuchade – on teraz właśnie jest prawdziwy. Teraz bez otoczki cywili-zacji.
Uśmiech nie schodził mi z ust, gdy zanurzyłem się powoli do pokoju. Zamknąłem drzwi szczelnie i stanąłem spoglądając na nich.
-Kocham was – powiedziałem z uśmiechem.
-My ciebie też – odparł jakby z ironią Kurkuror kiwając się to w przód to w tył. Wciąż siedział w tym samym miejscu na łóżku zlewając się z nim w jedność.
Zrobiło mi się niezwykle przyjemnie. Wyciągnąłem w górę ręce, by się przeciągnąć i wtedy dostrzegłem jak rosnę.
-Patrzcie, jaki jestem duży – krzyknąłem – patrzcie, dosięgam rękoma sufitu. Rosnę!
Wszyscy patrzeli się na mnie, lecz nie byłem przekonany czy widzą to, co ja i czy dostrzegają jak wiele moje ciało urosło. Kucnąłem by nie uderzyć głową o strop. Znów byłem malutki. Idąc na czworaka poczułem, że ten sposób poruszania się jest najbardziej właściwy mnie, człowiekowi.
-Moi leśni bracia na jednej nóżce tez tak się poruszają – pomyślałem, po czym wczołgałem się pod stół.
-Cholera, ale ten stół zdaje się być olbrzymi – relacjonowałem wszem swe spostrzeżenia.
Leżałem pod nim przez dłuższą chwilę przyglądając się mu od spodu. Blat stołu był daleko. Wysoko. Nawet nie starałem się unieść rąk do góry, bo i tak pewnie bym go nie dosięgnął. Znów przeciągnąłem się niczym kot, rozprostowując ręce i nogi.
-O Bogowie, muszę czym prędzej wyjść spod stołu, bo go zaraz rozwalę – szepnąłem ze stra-chem – znowu rosnę!
Przewróciłem się szybko na brzuch i wyczołgałem spiesznie spod blatu stołu. W ostatniej chwili. Jeszcze trochę, a mój wzrost rozsadziłby stół.
Wróciłem na swoje łóżko.
Królik miał minę załamanego. Spoglądał wciąż na mnie niedowierzając. Wreszcie nie wy-trzymał i wyszedł prychając w moją stronę:
-To chyba nie ty. To nie możesz być ty. On był inny.
Nim się wszyscy zorientowali, Królika nie było już od kilku dobrych chwil. Djuchade posta-nowił sprawdzić, co się z nim dzieje i w razie, czego pocieszyć. Zostałem z Kurkurorem.
-Zmienię płytę w wieży – powiedział Kurkuror podnosząc się wreszcie ze swego miejsca.
-Rób co chcesz – powiedziałem przykrywając się szczelnie kocem. Zakryłem również swą twarz, by nie widzieć tego wstrętnego pokoju, jakim wydał mi się w jednej sekundzie.
-Muszę się gdzieś ukryć – szeptałem w myślach – gdzieś, gdzie nas nie znajdą. O tak, gdzie nas nie znajdą.
Było mi cieplutko i przytulnie pod tym kocem. Błogo wręcz. Jednak to nie mogło trwać wiecznie. Znów poczułem, że muszę wyjść do toalety. Po drodze postanowiłem sprawdzić, gdzie pochowała się reszta.
Znalazłem ich w łazience, gdzie siedzieli po ciemku. Djuchade przycupnął na wannie pocie-szając Królika, a ten z kolei schował się pod stojącą suszarkę, na której wisiały schnące ubra-nia.
-Chodźcie do pokoju, tu jest nieprzyjemnie i zimno – powiedziałem z uśmiechem, po czym wszedłem do toalety.
-O… – pomyślałem – tu też jest przyjemnie i milutko. Nawet światło nas nie męczy.
Gdy wróciłem do pokoju wszyscy już byli.
-Mniam, uwielbiam ten pokój, gdzie my czujemy się dobrze – powiedziałem głośno mlaska-jąc.
-My? – zdziwił się Królik.
-Tak… – odparłem beztrosko – ja i ja.
Po czym usiadłem na swe ulubione łóżko.
-OK. Czas wyjść po Sarę – rzekł Djuchade.
-Idę z tobą – powiedział Kurkuror, po czym powoli zwlókł się z łóżka.
-Traficie? – zapytał Królik z troską w głosie.
-Tak. Tylko mam drobnego stracha – odparł Djuchade.
-Dlaczego? – zapytałem podpierając ścianę, która jak na złość wciąż się przekrzywiała z chę-cią przewrócenia i mnie i siebie samej.
-Bo jak się jest grzybem, to najlepiej ci wśród nich. Ludzie są ci obcy – wyjaśniał – cała cywi-lizacja ludzka jest ci obca. Każda napotkana osoba… a do tego te hałasy i strach, że oni wie-dzą.
-Oni? – zdziwiłem się.
-Tak – wyjaśnił Kurkuror – wydaje ci się, że każdy wie o tobie to, co wiedzieć nie powinien.
-Rozumiem – odparłem i skierowałem się w stronę pokoju.
Królik zamknął za nimi drzwi na zamek, po czym również wrócił do pokoju. Wziąłem butel-kę i z nów zacząłem sączyć powoli wodę.
-Przeklęte pragnienie – pomyślałem i w tej samej chwili zakrztusiłem się. Zacząłem kaszleć, by nie udławić się wodą i wtedy odbiło mi się. Woda podskoczyła do góry i wraz z kaszlnię-ciem zwymiotowałem ją.
-pięknie, jeszcze tego brakowało – fuknął Królik – biegnij do łazienki jak masz zamiar tu wy-miotować.
Wstałem posłusznie.
-Wcale nie mam zamiaru wymiotować. Zachłysnąłem się wodą, a ta odbijając się spowodo-wała, że zamiast odkaszlnąć, wyplułem ją – zacząłem się tłumaczyć, gdyż wstyd mi było.
Królik zaczął wycierać podłogę, a ja w tym czasie poszedłem przepłukać usta wodą z kranu.
Zadzwonił domofon. To wracał Djuchade, Kurkuror i Sara.
-Hej kochani! – powiedziałem z uśmiechem otwierając drzwi.
-Hej – powiedziała Sara.
-Jak tam – spytał Djuchade widząc Królika z wykrzywiona miną odnoszącego ścierkę do ła-zienki.
-Zarzygał się – powiedział z kwaśną miną Królik.
-O… – zdziwił się Djuchade – jak to?
-Nie zarzygał, kochani – powiedziałem – ale zachłysnął wodą. Odbiło mi się krzywo.
-Jak można było zwrócić Święte Rośliny? – Kurkuror był niepocieszony.
-Nic nie zwróciłem – broniłem się – to była tylko woda.
Gdy wszyscy już się rozebrali kurtek i butów, wróciliśmy do pokoju.
-Czy dla mnie jest porcja? – zapytała Sara, a jej głos zabrzmiał w mych uszach odrobinę za-chłannie.
-Tak, oczywiście – Djuchade już przygotowywał jej kubek z wywarem.
Gdy Sara spożywała swoje Święte Rośliny, my dyskutowaliśmy. Tematy pojawiały się ni-czym płatki śniegu i każdy był inny. A to o magii i różnego rodzaju rytuałach. A to o du-chach. To znowu Królik opowiadał, że słyszy muzykę trójwymiarową, którą ja z kolei nazwa-łem trójkątną.
Leżałem sobie wygodnie pod kocem przysłuchując się tematom i od czasu do czasu zabiera-jąc głos. W pewnym momencie zamilkłem, by po dłuższej chwili oznajmić, że znów się nikt mną nie interesuje. Zaraz wszyscy zapewniali, że się interesują, ale ja już myślami byłem da-leko.
W pewnej chwili dostrzegłem jego. Duch przemieszczał się za zasłonami. Był to cień, wypu-kły, który swe szare kształty odbił na zasłonach od strony okna. Wystraszyłem się trochę, ale przecież jak można się bać duchów, pomyślałem i strach zamienił się w jednej chwili w cie-kawość. Obserwowałem go. Choć trwało to mgnienie oka, jednak dla mnie było to długim czasem. Widziałem już różne zjawy i mary, ale ten duch był niesamowity, bo jakby bezciele-sny, a raczej posiadający ciało z odbicia w zasłonie. Gdy duch przemierzył całą długość ścia-ny, na której były okna z zasłonami zniknął wtapiając się w ścianę. W tym też miejscu za za-słoną schowana była lampka, mieniąca się leśnymi barwami.
Sara duchowo dołączyła do nas. Zszedłem z łóżka oddając jej swe miejsce i koc. Sam zaś usiadłem z resztą na fotelach. Dalej dyskutowaliśmy o magii, podczas gdy Królik wcisnął się pod koc do Sary. W przerwie między rozmowami zastanawiałem się, co zbliżyło Królika do Sary oraz co one robią pod kocem, od czasu do czasu chichocząc. Moje obawy, bo takie przede wszystkim się pojawiły, okazały się słuszne. Zżerały moje delicje Wedla! Na szczęście była to podwójna paczka, więc pożarły tylko jeden rządek moich ukochanych ciastek. Urato-wane opakowanie było mi tak wdzięczne, iż same ciastka pchały mi się do ust.
Gdy Królik wygramolił się spod koca, zwrócił się do mnie.
-Musimy poważnie porozmawiać.
-Ale o czym i po co? – byłem zdziwiony.
-O nas – rzekł Królik.
-Nie ma o czym. Przecież wszystko jest jasne – odparłem niechętnie.
-Nie jest jasne. Nie dla mnie – warknął Królik i wyszedł z pokoju.
-Idź za Królikiem – rzekł Djuchade.
-Tia… – skwasiłem się i niechętnie podniosłem z ciepłego fotela.
Królika nigdzie nie było. Ani w kuchni, ani w łazience.
-Gdzie on się skrył – pomyślałem – no chyba nie zmniejszył się?
Zacząłem stąpać ostrożnie, by w razie czego nie wdepnąć w niego. W półmroku dostrzegłem drzwi.
-Dziwne – pomyślałem – tyle razy tędy przechodziłem, a tych drzwi tu nie było. Podszedłem do nich i delikatnie dotknąłem. Tak, to były drzwi, a do tego z lekkim skrzypnięciem otwo-rzyły się. Przez szparę zajrzałem do środka. O, a więc tu się skrył nasz mały pokoik. Za tymi drzwiami.
-Jakie to dziwne – pomyślałem – czasem małe pokoje skrywają się za niewidzialnymi drzwia-mi.
Wszedłem do środka. Moja uwagę zwróciła dziwnie skłębiona pościel na łóżku. Gdy ją ostrożnie odchyliłem, oczom moim ukazała się głowa. Królik uśmiechał się do mnie.
-Chodź pod kołderkę – powiedział – tu jest cieplutko.
Wsunąłem się. Rzeczywiście, było cieplutko i przyjemnie.
-Musimy poważnie porozmawiać o miłości – powiedział z poważną miną Królik, patrząc mi prosto w oczy.
-Ale po co? – zapytałem – po co używać słów. Słowa nie oddadzą wszystkiego, co pomyśli umysł, co poczuje serce, dusza. Lepiej porozmawiajmy myślami. Tak będzie najlepiej.
-Dobrze – zgodził się Królik.
Nasze myśli poszybowały w przestrzeń. Mózgi zestroiły się, zjednoczyły w jedność. Ja rozu-miałem i wiedziałem, co ona chce mi powiedzieć, co czuje, a ona wiedziała i znała moje my-śli, uczucia. Nastąpiła wymiana wszystkiego, co słowa nie potrafią nazwać, co serce nie po-trafi wypowiedzieć. Rozmowa trwała długo. Byliśmy jednością. Po godzinie pojawił się w drzwiach Djuchade.
-Ha, tu jesteście – powiedział – czemu się ukrywacie?
-Nie, my się nie ukrywamy – powiedziałem.
-To chodźcie do nas – uśmiechnął się.
-O nie, nam tu jest dobrze. My tu zostajemy – odpowiadałem za siebie, ale mówiąc za nas. Bo nas było jeden. My byliśmy jeden. Umysł.
-No trudno – posmutniał Djuchade – my jeszcze tam we trójkę posiedzimy i pogadamy. Około trzeciej będziemy się zbierać do domu.
-Dobrze – odezwał się milczący dotychczas Królik, odsłaniając oczy spod kołdry – tylko przyjdźcie i powiedzcie, że wychodzicie, to zamkniemy drzwi.
Djuchade wyszedł, a my pozostaliśmy, by dalej rozmawiać za pomocą myśli. Po trzeciej nad ranem znów zajrzał do nas Djuchade, a zaraz za nim pojawiła się twarz Kurkurora.
-Dobra, to my się zmywamy – powiedział – chodźcie zamknąć drzwi.
Podnieśliśmy się z cieplutkiego łóżka i poszliśmy się czule pożegnać. Gdy wszyscy już wy-szli wróciliśmy z Królikiem do pokoju. Z powrotem zanurzyliśmy się w ciepłą pościel.
-Śpimy? – zapytałem.
-Nie wiem czy damy radę – odparł Królik – Święte Rośliny mają swoją moc i swój czas.
-No trudno – uśmiechnąłem się – nie wiem jak ty, ale ja idę spać.
-Dobranoc – uśmiechnął się Królik okrywając się szczelnie kołdrą – do zobaczenia w rzeczy-wistości. Ciekawe jak ci się ona teraz spodoba…

Akszugor
/23. Styczeń – 09. Luty 2004 r./

`CICHE SZEPTY JAK HURAGANY ŚNIEŻNE`

Białe Maski
gdzie z Czarnych Oczodołów
Spogląda Nienawiść
na ten Świat

Czarne Usta
wydają się być Nieruchome
Wygięte w Grymasie Złości
-One Szeptają Zaklęcia

to Słońce Nie Wstanie
ono nie ma Siły
podnieść tej Mgły
co ciężko wisi

Zza Horyzontu
Czerwone ze Złości
wychyla się
i spychane jest
z powrotem

My Mamy Tę Moc
daną przez Królową Nocy Grudniowych
by powstrzymać je
i Unicestwić

Długie Noce
Brak Dnia
Bezkresne Lodowe Pustynie
Grudniowych Mrozów

Stoimy z Włosami
-Skrzydłami Kruka
na Wietrze
Szepcząc

Cisza Zlewa się
z Naszymi Słowami
w Huraganowe Wycie
Zamieci Śnieżnych

/27. Sierpień 1995 r./

II Przeglad Filmuf Magicznych i Xpaerymentalnych

Magazyn MAGIVANGA & Wydawnictwo OKULTURA wraz z temporalnym wsparciem Legionu Dynamicznej Niezgody, Ligi Francuskich Lowcow Sushi oraz Kosciolu Wielbicieli Lobotomii zaprasza na…

II Przeglad Filmuf Magicznych i Xpaerymentalnych
‚Rytualne Oblicza Kontrkultury’
który odbedzie sie 19-20.III w Toruniu.

Miejsce to DOM MUZ, ul. Podmurna 1/3.

Oto kompletny i po czesci prawdopodobny plan przegladu :PPP:

Piatek, 19.03.04

godz. 17:00 – Wstępny zarys tematyki przeglądu wygłoszony w formie krótkiej prelekcji przez organizatora – Konradino Beba (trwałość czasowa i przestrzenna harmonijnie ułożą się w wieniec podziwu ;P).

godz. 17:20 – „Maybe Logic” – psychedeliczny film dokumentalny na temat życia i twórczości jednego z największych ideologów i praktyków kontrkultury, Roberta Antona Wilsona, twórcy m.in. ‘Oka w Piramidzie’ i ‘Kosmicznego Spustu’, reż. Lance Bauscher (85 min.).

godz. 19:00 – „Międzynarodowe Centrum Szczęśliwych Ludzi” – eksperymentalny film bazujący jednocześnie na tradycji
zaangażowanego dokumentu i psychedelicznego teledysku, na temat ludzkiej natury na pograniczu magii, technologii… reż. Erik
Pauser (90 min.).

godz. 20:40 – „Święta Góra” – okultystyczno-alchemiczne dzieło jednego z największych magów filmowych naszych czasów odsłaniające tajniki doświadczenia inicjacyjnego, któremu podlega istota ludzka na ścieżce stopniowego oświecenia,
reż. Alejandro Jodorowsky (100 min.)

Koniec pszewdziany jest na godz. 22:30 – 23:00.

Sobota, 20.03.04

godz. 16:00 – Prelekcja dotycząca wieczoru filmowej alchemii, którą wygłosi Dariusz Misiuna na temat znaczenia i symboliki filmów Jana Svankmayera, Dereka Jarmana, Alejandro Jodorowsky’ego i Kennetha Angera.

godz. 16:30 – Krótkie filmy Jana Svankmajera i Harry’ego Smitha

Jan Svankmayer – czeski rzeźbiarz, pisarz i twórca filmowy. Jego filmy charakteryzują się śmiałym łączeniem zdjęć przedstawiających aktorów oraz animacji lalkowej.

Harry Smith – amerykański Magus, awangardowy reżyser, malarz, producent muzyczny, lingwista i filozof.

godz. 17:30 – “Last of England”, reż. Derek Jarman – eksperymentalny, kalejdoskopowy film Jarmana to mroczna, poetycka medytacja o thatcherowskiej Brytanii. Reżyser łączy w nim amatorskie filmy realizowane przez ponad pół wieku przez swoją rodzinę, dokumentalny zapis industrialnej i ekologicznej zagłady z kolejnymi obrazami z udziałem swoich ulubionych aktorów – Tildy Swinton i Spencera Leigh (90 min.).

godz. 19:00 – „Lucifer Rising” – eksperymentalny, krótki film jednego z największych magów kina, reż. Kenneth Anger (40 min.).

godz. 19:40 – „Wielki wybuch kosmicznego kisielu” i „Tunel do gwiazd” – rytualne dzieła kina dadaistyczno-surrealistycznego nakręcone w stylistyce niskiego budżetu, reż. Rafallus (35 min.).

godz. 20:20 – „Earth:Interno” – krótki film produkcji argentyńskiej osadzony mocno w tradycji greckiego teatru opowiadający o mitologicznej uczcie bogów, którzy trawią stary eon aby dać początek nowemu, reż. Producto Desecho (12 min.)

godz. 20:40 – Performance: AMNEZJA V – performerskie, nowatorskie trio z Warszawy, którego charyzma przywołuje wspomnienia Teatru Okrucieństwa i Teatru Ekspresji.

- Koncert: Pal Secam – dziki i nieokiełznany projekt muzyczny krakowskiego chochlika otchłani, świeża radość odkrywania zakamarków muzyki elektronicznego hałasu.

Koniec pszewidziany jest na godz 22:30 – 23:00.

Info merytoryczne: okultura@terra.pl & buddhi@o2.pl

NATASSJA

„NOC”

Okrągła twarz księżyca delikatnie rozchylała postrzępione chmurzyska, by wreszcie odsłonić swe zimne, jesienne oblicze. Drzewa trzeszczały powoli poruszając się jak w upiornym tańcu. Wiatr im grał, błąkając się pomiędzy ich nagimi konarami. Z oddali, co jakiś czas dobiegał złowieszczy krzyk puszczyka. Stara, cmentarna brama skrzypiała przeraźliwie wprawiana w ruch przez wiatr. Gdy zastygła na chwilę, czarny stwór przemknął obok niej. Biegł przez stare cmentarzysko. Wąskimi alejkami przesuwał się cieniem po starych nagrobkach. Przystanął w pewnym momencie. Błysk księżyca powiększył jego cień na nagrobnej płycie z kunsztownymi zdobieniami. Wreszcie księżyc uwolniwszy się z chmur oświetlił właściciela zimnego cienia. Wilk. Szarobure psisko swymi czerwonymi oczami przenikało horyzont. Szukało czegoś. Czegoś lub kogoś. Nosem zaczęło węszyć. Powoli kroczyło dalej. Przy każdym grobie wilk zatrzymywał się. Dokładnie obwąchiwał i szukał odpowiedzi w swym umyśle. Jednak zapachy, pomimo tego, że coraz bardziej intensywne, nie odpowiadały temu silnemu pragnieniu, które nim kierowało. Pragnienie zabijające instynkt, który w tym wypadku, każdemu dzikiemu stworzeniu nakazywałby czmychnąć. Wilk nie bał się. Jego instynkt był uśpiony, a pragnienie wraz z nasilającą się wonią potęgowało na sile. Im dalej posuwał się w głąb cmentarza, tym szybciej biegał od grobu do grobu wąchając. Woń stawała się coraz bardziej intensywna, coraz bardziej zabierała umysł wilkowi. Był nią pijany.
W pewnym momencie zwierzę zatrzymało się i zastygło nieruchomo. Cień drzewa skrył wilka. Jedynie oczy, niczym październikowy zachód słońca, błyszczały złowrogo. Jakaś dziwna, zakapturzona postać, wspierając się na drągu, przeszła główną aleją. Gdy mijała kryjówkę wilka, zwierzę wyszczerzyło kły. Nawet jeden pomruk nie wydobył się z psiej gardzieli, jednak obnażone zębiska wyraźnie wskazywały na wrogość, jaką wilk obdarzał przechodnia. Gdy już postać zniknęła, zwierzę odczekał jeszcze chwilę, po czym wyszło z ukrycia i z jeszcze większą dokładnością szukało.
Wreszcie znalazło. Woń była tak intensywna, że wilk stracił kompletnie poczucie strachu. Grób, przy którym zatrzymał się pachniał przedziwnie. Był to zwykły kopiec ziemi, u góry zwieńczony kamienną tablicą z dziwnymi literami oraz symbolami. To już był prawie koniec cmentarzyska. A może nawet grób znajdował się kiedyś poza.
Pijane psisko zaczęło rozgrzebywać ziemię jak szalone. Cała energia wilka zużywana była na jednym – kopać… Po pewnym czasie wykopany dół był już na tyle głęboki, że wilk prawie w nim zniknął. Jedynie ziemia wyrzucana w powietrze na wszystkie strony świadczyła, że nie odpoczywał.
Był już u kresu sił, gdy ziemia pod jego łapami poruszyła się. Jakaś siła wypychała ją w górę. Coś starało się wydostać na powierzchnię. Wilk przestał kopać i spoglądał zdziwiony. Jego przerażenie zaczęło wzrastać i gdy już chciał wyskoczyć z wykopanego dołu, grób zapadł się pod nim. Wpadł do połowy tak, że przednimi łapami opierał się jeszcze, bezsilnie próbując się wydostać. Wypychana ziemia nagle podniosła się w górę i rozsypała na boki. Kawałki drewna strzeliły pękając z potwornym hukiem. W sporych rozmiarów otworze ukazała się czyjaś twarz. Dłonie powoli, aczkolwiek nerwowo rozgarniały ziemię i wyłamywały resztki desek trumny. Gdy otwór był już na tyle duży, postać uniosła się na łokciach i powoli podciągając wyłaniała z grobu. Im wyżej tułów postaci wysuwał się, tym głębiej wilk zapadał się po drugiej stronie wykopanego dołu. Zwierzę nie poddawało się. Wciąż starało się wydostać raniąc łapy i brzuch o drzazgi desek. Wreszcie zrezygnowane padło, niczym zemdlone. Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętało była ta nieziemska woń oraz twarz.
Postać wyłoniła się już na tyle, by światło księżyca swym zimnym blaskiem i grą cieni mogło zarysować pierwsze kontury twarzy. Była to twarz kobiety. Cała blada, gdzie nawet sine usta zlewały się prawie z kolorem skóry. Włosy poplamione krwią i pozlepiane tuliły się do policzków. Te, które spadały luźno, zakrywały kosmykami twarz. Policzki były lekko zapadnięte tak, że kości wystające nadawały twarzy wyrazu surowego i demonicznego. Oczy były puste.
Wreszcie kobieta wygramoliła się ze swego więzienia. Odruchowo otrzepała rękoma swą suknię. Biała skóra rąk była już teraz mocno ubrudzona w błocie i ziemi. Jej purpurowa suknia, bogato zdobiona falbanami i koronkami, była bardziej brązowa niż krwistoczerwona.
Kobieta powoli rozejrzała się. W jej głowie pojawiła się od dawien dawna pierwsza myśl. Głód.
Brak ciepła, które po tak długiej nieobecności ducha w ciele, musiało się jak najszybciej pojawić, rozgrzać. Nerwowo rozejrzała się. Jej puste i zimne oczy dostrzegły ciepłe ciało zemdlonego wilka. Przykucnęła przy nim. Delikatnie dotknęła. Pies nie ruszał się. Kobieta uklęknęła, pochylając się nad psią głową. Szybkim ruchem rozerwała zębami wilczą szyję… i piła. Niespodziewanie wilk otworzył oczy i zaskomlił. Z całej siły przytrzymała go w pułapce, w której tkwił. Piła. Zwierzę po chwili znieruchomiało. Kobieta podniosła głowę z nad zwierzęcia i otarła dłonią usta. W jej umysł powracały myśli. Jedna goniła drugą, choć wszystkie zmierzały do jednego – zemsta.
Wstała i wolnym krokiem ruszyła przed siebie. Nie wiedziała dokąd kroczy, nie widziała też. Wolno przemierzała cmentarną aleję. Jej suknię powoli rozwiewał wiatr. Falowała tworząc wraz z postacią widmo przeraźliwej nocnej mary. Dotarła wreszcie do bramy cmentarza. Była szeroko otwarta. Przy bramie stała postać odziana w czarny płaszcz z kapturem mocno opuszczonym na twarz. Kobieta podeszła doń i stanęła przed. Długo tak stali przypatrując się sobie. Wreszcie postać odsłoniła swą twarz, odrzucając kaptur w tył. W świetle księżyca ukazało się oblicze mężczyzny w średnim wieku.
- Witaj ukochana, witaj po wielu latach – rzekł dźwięcznym głosem – czekałem na ciebie.
Kobieta zbliżyła się i bez zastanowienia pocałowała mężczyznę w usta. Zakrzepła krew na jej wargach znów stała się wilgotna. Zmieszana ze śliną pocałunku powoli ściekała im z kącików ust. Pocałunek prawie nie miał końca, gdy kobieta odsunęła swe usta i spytała:
- Czy ty też jesteś martwy?
- Nie – odrzekł mężczyzna – mam już trzydzieści lat, to moja piąta inkarnacja od czasów twej śmierci.
- To, dlaczego ja dopiero teraz wstałam z grobu i nie inkarnowałam się ani razu? – kobieta zdawała się być smutną.
- Nie było takiej potrzeby – powiedział mężczyzna – Ja odradzałem się pilnując twego grobu i tych, co powrócić mieli w nowym ciele. Twych prześladowców. Wtedy miałem cię ożywić, byś uczyniła zemstę i odeszła wraz ze mną ku wieczności.
- A jak tego dokonałeś? – zdziwiła się kobieta.
- Cóż, wiele lat i wiele wcieleń, nauki. Wiele eliksirów, wiele ziół, wiele mocy. Teraz jestem potęgą – uśmiechnął się krzywo.
- Ja za to czuję się słaba, bardzo słaba, a do tego nie czuję oczu. Widzę, ale nie oczami – powiedziała dotykając dłońmi skroni – widzę jakby przez umysł.
- Uczynię cię – powiedział mężczyzna – musisz mnie tylko dokładnie wysłuchać ukochana.
- Oczywiście, ale przytul mnie – przybliżyła się do niego – zimno mi.
Młodzieniec okrył ją swym płaszczem, po czym rozpoczął długą opowieść. Opowiedział jej o wszystkim, o czym tylko wiedział oraz co było najbardziej istotne w tej sprawie.
- Rozumiem teraz wszystko Akszugorze – powiedziała kobieta – wszystko, co kryło się w moim umyśle i męczyło mnie od chwili, gdy wstałam z grobu, teraz oświetlone zostało nowym światłem. Jestem więc wiedźmą. Jestem Natassją.

Koniec części pierwszej.

/06. Marzec 2004 r./

* * *

Kruk krążył nad ogromnym Cmentarzyskiem. Wzrokiem Ogarniał Cały Świat – jakże mały, Widziany od Strony Bogów. Jego Wzrok zatrzymał się jednak na czymś, co go wielce zaintrygowało. Ona znów tu Przyszła – Mała Dziewczynka ubrana na Czarno…