`GIJNTARS`

Niebo delikatnie rozchylało woal czerni. Chmury śpiesznie usuwały się, czyniąc miejsce na blask. Las spał jeszcze. Trzciny kołysały się, tańcząc do muzyki granej przez wiatr. Pochylały się to w jedną, to w drugą stronę. Nagle coś zabulgotało. Głośne „blump” odbiło się echem w świecie, niczym huk armatni. Żabie oczy, które dziś miały zamiar po raz kolejny podziwiać wschód słońca, schowały się spiesznie w błotku. Trzciny również zamarły w bezruchu, jakby oczekiwały. Nasłuchiwały. Jedna z nich, z zaciekawieniem przechyliła swą brązową główkę w kierunku z którego dobiegło owo „blump”. Szybko cofnęła się.
-Blump, bluump.. – zabulgotało znowu bagno.
Woda na powierzchni zafalowała lekko, by po chwili ukazać czyjąś głowę. Cała twarz umazana była w błocie. Długie, niczym nitki, włosy koloru zielonego spływały do wody. Żółte oczy błysnęły w szarościach poranka. Powoli cała postać wynurzyła się z trzęsawiska. Oblepiona błotem i ociekająca wodą ze śluzem poczłapała kilka kroków przed siebie, aż dotarła do niewielkiego głazu. Postać usiadła na nim. Niczym za sprawą czarów w jej dłoniach pojawiła się fujarka. Piskliwe dźwięki popłynęły w las.
-Plim, pi, plim, pilim… – przeraźliwie skrzeczała.
W oddali jak na rozkaz ukazało się słońce. Dostojnie, powoli podnosiło się zza horyzontu, coraz jaśniej rozświetlając szarości. Fujarka nie przestawała grać. Postać siedząca na kamieniu zaczęła sztywnieć. Para unosiła się wokół niej, niczym dym z rozgrzanego pieca. Błoto kamieniało, oświetlane słonecznymi promieniami. Po kilku chwilach stało się potężną, kamienną rzeźbą.
Melodia urwała się.
Słońce było już dość wysoko nad trzęsawiskiem. Bagienny stwór zasnął w swej kamiennej, szarej postaci.
Jednak coś błyszczało się. Miodowo-żółte refleksy odbijały się w bagiennej toni. Na szyi skamieniałej postaci wisiał bursztynowy amulet.

Akszugor
/05. Maj 2004 r./

`PAMIĘT-NIKT`

1 styczeń – czwartek

Nowy rok obchodziliśmy hucznie w gronie znajomych. Było wesoło. Niektórzy się spili jak świnki, a niektórzy nie. Zdzisiek jak zwykle haftował. Ma wprawę. Jego babcia dla „Cepelii” często robi różne rękodzieła. Haftowane obrusy też. Niestety nasz obrus trzeba było zmienić.
Ja też troszkę przedobrzyłem. W głowie mi się kręciło jak na karuzeli, gdy pierwszy raz ma-ma zabrała mnie do „wesołego miasteczka”. Ale wtedy to miałem pięć lat i owo zdarzenie skończyło się nieciekawie, w dodatku z dużej wysokości. Tłum na dole nie był szczególnie zadowolony.
Teraz też niewiele brakowało, jednak jak i wtedy, tak i teraz zauważyłem ducha. Nie, nie zja-wę, nie białe myszki, ale prawdziwego ducha. W białym prześcieradle. I do tego marudzącego coś przeraźliwie pod nosem. Opanowałem się i choć w głowie kręciło mi się jak cholera, ob-serwowałem go. Coś wciąż do mnie mówił, a potem chciał mnie zjeść. Broniłem się. Niestety nie wiem czy skutecznie, bo obudziłem się w fotelu z nosem w kwiatach. Wazon był prze-wrócony, a woda na dywanie. Tak rozpocząłem nowy rok.

13 styczeń – wtorek

Dziś poszedłem na pocztę. Miałem wysłać list do Carlosa w Kolumbii. Cholerny duch nie chciał mnie wypuścić z domu. Tak, tak… On tu znów jest. I widzę go nawet na trzeźwo!
Bronił drzwi zaciekle. Dyskretnie zsunąłem trzewik z nogi i zwinnym ruchem poderwałem go w rękę, po czym zdzieliłem ducha w łeb. Legł jak długi. Wyszedłem.
Na poczcie było sporo ludzi. Stanąłem przy wejściu. Ja i automat. Niczym jednoręki bandyta nacisnąłem na guzik. Wygrałem los. Co prawda nie na loterii, ale w kolejce. Oderwałem kwi-tek. Czekałem spokojnie na swoje „ding-dong, numerek …. do stanowiska ….” i wtedy cos mnie podkusiło, by spojrzeć na karteczkę lekko już spoconą od dłoni:
„Witamy w Urzędzie Pocztowym. Twój numerek to 666”
Grube, wytłuszczoną czcionką cyfry. Cyfry… Cyfry..!
Z przerażenia zrobiłem zeza. Musiało to wyglądać przeraźliwie, bo jedna staruszka pisnęła ze strachu.
Rzuciłem numerek na ziemię. Wyszedłem na dwór. Padający śnieg trochę mnie ochłodził. W drzwiach minąłem zakonnicę. Podniosła z ziemi mój numerek oczekiwania w kolejce. Chyba była szczęśliwa, bo za mną było już sporo czekających ludzi. Nie chciałem patrzeć na jej ra-dość i wróciłem do domu.
W kalendarzu zobaczyłem datę. Co pech to pech.

31 styczeń – sobota

Dziś duch chciał ze mną pogadać. To ja mu mówię, że nie chcę. To on, że chcę, tylko tego nie wiem. Jak mogę tego nie wiedzieć? Nie będę gadał z duchami, jeszcze nie zwariowa-łem!
Duch nie daje za wygraną. Nawet nie chodzi już w prześcieradle, tylko w jakby białym płasz-czyku. Ale biel działa na mnie odpychająco.
By uniknąć dalszego dialogu poszedłem do Afmy. Ona mnie rozumie. Co prawda Afma mieszka kawałek drogi ode mnie, ale czego się nie robi dla przyjaciółki i dla tego by nie ga-dać o głupotach z natrętnym duchem. Afmy nie było w domu. Jej chłopak – Dil, warknął mi to przez drzwi. Cóż…

18 luty – środa

Zachorowałem. Nie wiem, czy to grypa, czy jakaś inna prątka, ale zwaliło mnie to z nóg. Leżę na łóżku i ciężko dyszę. Pot kroplami pojawia mi się na czole. Pot skrapla się mi na czole.
Duch znów tu jest. Lekarz. Teraz chodzi w białym fartuchu i chce mnie leczyć. Znienawidzi-łem biel. Do końca życia! Majaki…
Raz leżę w domu, w łóżku i duch się nade mną lituje, to znów zaś leżę w szpitalu, a duch się lituje, ale już jako lekarz. Bredzę…
Teraz duch mi wmawia, że nie ma o czym ze mną gadać. Cwaniak!
I to ma być przyjaciel?
Kazał mi się kurować, a jak będzie mi znów dobrze, to będę mógł znów chodzić. No i poga-wędzi chętnie.
Wypchaj się!
Wieczorem umierałem. Jednak nie do końca. Duch wepchnął mi czopek na zbicie temperatu-ry. Nie opiszę tego, jak i gdzie. I tak nikt by nie uwierzył, że duch wtyka czopki w …!

29 marzec – poniedziałek

Już jestem zdrowy. Czopki pomogły. Niech żyje medycyna i zwinne palce ducha!
Teraz męczy mnie wiosenna depresja. A właściwie deprecha, bo depresje mają jedy-nie kobiety.
Duch albo mnie się boi, albo unika z jakichś niewyjaśnionych powodów. Po południu chcia-łem nawet z nim pogadać, ale on tępo patrzał na mnie ni to z drwiną, ni to z przerażeniem. Gdy ujrzałem swą twarz w lustrze też się przestraszyłem. Tak się chyba wygląda, gdy ma się deprechę.
Wieczorem chciałem popełnić samobójstwo. Najpierw chciałem udusić się sznurówkami od butów. Duch mi je odebrał, dał w łeb i prawił kazanie. Udawałem, że słucham. Mam w nosie jego morały!
Deprecha jest jeszcze bardziej dołująca. Zabierzcie ode mnie ten biały kolor!!!
W nocy znów zapragnąłem targnąć się na swoje życie. Już miałem wbić sobie kredkę do oka… Jednak duch był szybszy. Nie spał skubaniec i czatował! Zabrał mi kredki i teraz piszę pamiętnik w myślach.
Czy duchy w ogóle śpią?

16 kwiecień – piątek

Pokłóciłem się z duchem. Chciałem dać mu za swoje, ale okazał się silniejszy. Jestem chyba osłabiony po chorobie i depresji. Ale walczyłem dzielnie. Aż się obśliniłem jak wście-kły pies.
Oczywiście poszło o kredki i o to, że dalej robię zapiski pamiętnika w głowie. Duch jest mściwy. Nawet go nie znałem z tej strony.
Wyrzucił mi z pokoju wszystkie meble tak, że zostały gołe ściany. Obrzydliwie gołe i białe, co pragnę podkreślić.
Ja leżę na łóżku. Leżę? Jestem doń przywiązany! Tak, to taka kara i zemsta zarazem, bym się nie rzucał i nie zrobił czegoś głupiego zarówno sobie jak i duchowi.
Duch nazwał to profilaktyką. Zwał jak zwał. Zemszczę się!
Noc mija na rozmyślaniach. Ja i łóżko…
Wśród tych rozmyślań powracają obrazy lasów, łąk, pól z żytem i błękit nieba. Nie będę otwierał oczu! To takie postanowienie przed snem. Biel może mnie zabić.

30 maj – niedziela

Rano obudziłem się pamiętając swój sen. Rzadko pamiętam swe sny.
Śniło mi się, że ktoś dał mi taki zastrzyk, po którym różne kolory na łące rozmawiały ze mną i przekonywały, że biały też jest ładny. Prosiły bym go też polubił, bo czuje się przez to sa-motny i odrzucony. Obiecałem go polubić. Zrobiło mi się przyjemnie. Uspokoiłem się we-wnętrznie.
Otworzyłem oczy. Jaskrawa biel pokoju oślepiła mnie z lekka.
Wciąż leżałem na łóżku, ale już nie byłem doń przywiązany. Na sobie miałem za dużą mary-narkę i to nałożoną tył na przód. A właściwie to ona była na mnie w sam raz, tylko rękawy miała za długie, przez co ktoś mi je związał z tyłu.
Siadłem na krawędzi łóżka i z nudów zacząłem się kiwać. W przód, w tył… w przód, w tył…
Taki element wspomagający rozmyślanie.
Ktoś delikatnie otworzył drzwi i wsunął powoli głowę.
-Hej – powiedział głos przypisany do twarzy, która wydawała mi się znajoma – jak się dziś czujemy?
-A całkiem dobrze – odparłem nie przestając się kiwać.
-Jeśli obiecasz, że już nie będziesz robił głupstw, to rozwiążemy cię – zabrzmiał spokojnie głos.
Wtedy dopiero do mnie dotarło, że głos i twarz jest mi znana. To był duch!
-A dlaczego mam być niegrzeczny? – zapytałem.
-No, jeszcze dwa dni temu byłeś – rzekł duch z przekąsem.
-Hm.. – mruknąłem – to mogę obiecać poprawę. Już nie będę niegrzeczny.
-A odpowiesz mi, drogi duchu – dodałem po chwili – gdzie ja właściwie jestem?
-Oczywiście, że odpowiem – uśmiechnął się duch – wciąż jesteś w zakładzie. To już blisko dwa lata pomagamy ci tu wrócić do zdrowia…
-Dwa lata? – zająknąłem się przerywając mu – w zakładzie?
-Tak – kiwnął głową duch – w zakładzie dla psychicznie chorych…

Akszugor
/21. Lipiec – 02. Sierpień 2004 r./

`KADZIDŁO`

Moje ciało
niczym

kadzidło

płonie
wewnętrznym
ogniem

moje ciało
niczym

kadzidło

wonne
dla świata
dla muz

lotne
dla oczu
dla zmysłów

płonie
wewnątrz
płonie
życiem

moje ciało
niczym

kadzidło

gaśnie wewnątrz

proch

rozdmuchiwany
przez wiatry
czasu

/07. Lipiec 2004 r./